To jakby całe miasteczko nagle przerwało pracę i z własnej woli, za darmo, ruszyło zrywać zgniłe deski, szorować ściany, wywozić nieczystości spod Wiączemina, Zycka, Troszyna, Borek...
Z rąk do rąk
Dziewczyny z ośrodka wychowawczego w Załuskowie (to niedaleko Sochaczewa) pewnego dnia nie miały transportu, więc poszły do Słubic, jednej z dwóch najbardziej poszkodowanych mazowieckich gmin, na piechotę. 20 kilometrów w jedną stronę.
- Nikt nie wierzył, że się uda, bo to tzw. trudna młodzież, z rodzin patologicznych, po sprawach w sądzie... - mówi Ewa Grzywacz, wychowawczyni z Załuskowa. We wrześniu ub.r. założyła tam harcerską drużynę, nazwała ją "Ostoja". W kwietniu dziewczyny pełniły wartę przy prezydenckiej trumnie, zapalały świece przed pałacem. A od końca maja są przy powodzi. Codziennie.
Kiedy Wisła przerwała wał w Świniarach, a woda zalała kilka tysięcy gospodarstw w pradolinie rzeki, harcerki z poprawczaka, dziesięć dziewczyn (najmłodsza ma 12 lat, najstarsza 18), były akurat na zlocie w Płocku. W godzinę dotarły na miejsce. I przez pierwsze tygodnie pracowały tu po 12 godzin.
- Rozładowywałyśmy wozy z darami, stałyśmy w szpalerze i podawałyśmy sobie to wszystko z rąk do rąk. Robiłyśmy z tego paczki.
- Dziennie dziewczyny wydawały ich po 250 - wylicza Grzywacz. - I jeszcze pomoc w kuchni w szkole w Słubicach, tam gdzie jedli ewakuowani powodzianie, ratownicy, strażacy, wojsko. To była naprawdę ciężka praca, a one zwyczajnie się na nią rzucały, musiałam powstrzymywać te 12-letnie chuchra, żeby nie dźwigały ciężkich worów.
Same zrobiły listę, która tym razem pojedzie, same budziły się wcześnie rano i z plecakami czekały już przed ośrodkiem. Na początku jeździły rowerami, czasem z wychowawczynią, jej samochodem. Potem podjeżdżali po nie strażacy z Wiączemina. Raz transportu nie udało się załatwić, więc poszły pieszo.
- Czują się potrzebne, docenione. Po nocach nie mogły spać, są tak przejęte, że ktoś w końcu je zauważył. W ich domach nikt im za nic nie dziękował, tu wciąż słyszą, że ich rodzice mogą być z nich dumni. I choć część z moich dziewczyn nie zna rodziców - i tak się uśmiechają. List z podziękowaniami od wójta wszystkie odbiły sobie na ksero - wspomina Grzywacz.
...i tak mieli niewiele
Rafał Wijak też był na miejscu od razu. - Co z moją normalną pracą? Na razie odpuściłem. Pracuję dla siebie, więc nie ma problemu - tłumaczy.
40 lat, warszawiak od pokoleń, PR-owiec, przy powodzi od półtora miesiąca. Ma stopień majora w "Strzelcu", organizacji paramilitarnej nawiązującej do Legionów. W pewnym momencie pod Płockiem było 300 młodych ludzi ze "Strzelca": z Warszawy, Siedlec, Grójca, z całego Mazowsza. Do tej pory na terenach, z których zeszła woda, pracuje ich 35. Nocują w szkole w Gąbinie, za dnia zrywają przegniłe podłogi w domach, zmywają ze ścian rzeczny szlam, odgruzowują podwórka ze śmieci, które naniosła rzeka, odkażają, dezynfekują...
- Na początku wyciągałem ludzi. Wjeżdżałem do wody, mam taką dużą terenówkę. I zabierałem tych, którym rzeka sięgała już po pas. Na przykład staruszków, których woda zaskoczyła gdzieś w drodze. Jednego dnia zabrałem tak chyba ze 12 osób - wspomina Wijak. - Tylko żeby nie wyszło tak, że ja tu się domagam podziękowań. Naszym zadaniem jest służyć ojczyźnie i obywatelom. Gdyby pani Kowalska zadzwoniłaby do nas i powiedziała: "Chłopaki, zalało mnie, zasypało, spaliło, dom mi się rozwala, pomóżcie", też byśmy pojechali.
Wijak widział powódź z 1997 roku, był w grupie alpinistycznej, która działała w Kotlinie Kłodzkiej i we Wrocławiu. - Za każdym razem myślę, że powódź to cholerna niesprawiedliwość losu - mówi. - Tu, pod Płockiem, zabrała wszystko ludziom, którzy i tak mieli niewiele. Przecież większość na terenach, na których dziś pracujemy, to starsi ludzie, po siedemdziesiątce, bardzo samotni, w lichych domach, które w tym momencie nie nadają się już do niczego.
Urlop wójta w tirze
Jacek Wójcicki ma 29 lat i jest wójtem Deszczna pod Gorzowem. Najmłodszym w Polsce. O powodzi pod Płockiem dowiedział się z telewizji. Od razu mu się skojarzyło - Deszczno, podobnie jak Słubice i Gąbin, leżą w pradolinie. Tyle że Warty.
- Gdyby u nas przerwało wał, pod wodą znalazłaby się cała gmina. I też wtedy chciałbym, żeby ktoś nam pomógł - tłumaczy. - Decyzja była natychmiastowa, nikt się nie ociągał, nikt nie protestował. Pomogli lokalni przedsiębiorcy, w ciągu dwóch dni zebraliśmy pieniądze, kupiliśmy środki czystości, żywność, wodę, rzeczy tego typu. Weszło to na tira i do dwóch busów. Wyruszyliśmy.
Za kierownicą tira usiadł sam Wójcicki, miłośnik wielkich maszyn. Wziął wolne i prowadził całą drogę aż do Gąbina. Rozładunek i z powrotem. - W drodze powrotnej, jeszcze w kabinie ciężarówki, przez komórkę, rozkręcaliśmy naszą obronę przeciwpowodziową. Potem wszyscy tu mieliśmy dwa tygodnie wyjęte z życia, wypełnialiśmy workami z piachem dziury, które w wałach wygryzły bobry. Poszło 180 tys. worków. Teraz jest już spokój, więc byliśmy w Gąbinie drugi raz. Zawieźliśmy zebrane ubrania, buty, chemię, nasi rolnicy dali zboże. Pewnie, że tira poprowadziłem. W połowie sierpnia jedziemy trzeci raz. Mam jeszcze 60 dni niewykorzystanego urlopu.
Powódź trzeba zobaczyć
Górnicy z Sierpnia '80 w kopalni Murcki Staszic w Katowicach nie ukrywają, że na początku było w tym wszystkim trochę polityki. Ich człowiek Bogusław Ziętek startował w wyborach prezydenckich, górnicy - jak twierdzą - chcieli pokazać swoją siłę. Zorganizowali kilkanaście grup, wzięli wolne i ruszyli w Polskę, tam gdzie powódź zabrała najwięcej. Grupa Zenona Zembrzuskiego, przewodniczącego Sierpnia w kopalni - razem sześć osób w oplu zafirze - pojechała do Słubic.
- Zwyczajnie, zgłosiliśmy się do gminy, że przyjechaliśmy z pomocą. I przez trzy kolejne dni, od godz. 8 do 20, robiliśmy paczki z żywnością. Kasza, chleb, puszki, mąka. Potem na amfibie i ze strażakami rozwoziliśmy - opowiada Zembrzuski. - Powodzi, tego nieszczęścia, nie odda żadne zdjęcie, żadna relacja. To trzeba było zobaczyć. A jestem górnikiem i przeżyłem niejedno, mało co mnie dziwi.
Wszyscy byli podniośli
Tomasz Dziwiszek, lat 29, jest fizjoterapeutą w samym Płocku. Miasto leży na wzgórzu, więc choć wokół szalał żywioł, nic mu nie zagrażało. Prócz położonego najniżej osiedla Borowiczki.
- To było w środku tygodnia, już ok. 20. Ktoś ze znajomych rzucił, że woda się podnosi, że Borowiczki i ich wały mogą być zagrożone. Pojechaliśmy zobaczyć. Zostaliśmy do drugiej w nocy.
Dziwiszek opowiada, że na miejscu kłębił się tłum ludzi, wokół krążyły ciężarówki, ludzie machali łopatami, układali worki z piaskiem.
- Atmosfera była... ciepła. Tak mogę to nazwać. Ludziom chyba brakowało takiego wspólnego ratowania, bo przecież nie wszyscy tam byli z Borowiczek. Dużo z innych osiedli. Ale pomagali w jakimś takim duchu podniosłym. Kiedy facet z zarządzania kryzysowego koło północy powiedział, że już koniec, to go zakrzyczeli. Że worków wciąż za mało, że może zabraknąć. I ładowali, póki te worki się nie skończyły. Wiem, trochę to naiwne, że ludzie się tak nakręcają. I tylko w wyjątkowych okolicznościach. Jak zmarł papież, też wszyscy byli tacy podniośli. Widocznie tak już musi być.
Urząd wojewódzki podsumował straty po powodzi na Mazowszu (348 mln zł). Z raportu wynika, że woda zniszczyła 66 tysięcy ha. Poszkodowanych zostało ok. 1,3 tys. osób.
- Dziś wszyscy jesteśmy powodzianami - mówił przy okazji publikacji raportu wojewoda Jacek Kozłowski.
Źródło: Gazeta Wyborcza