http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kontrewolucja premiera Węgier

Jacek Pawlicki
2010-08-10, ostatnia aktualizacja 2010-08-09 17:05

Victor Orbán rządzi twardą ręką, balansując na skraju rządów autorytarnych. Jeśli wyciągnie kraj z kryzysu, wszyscy o tym zapomną, ale jeśli mu się to nie uda, to Węgrzy się z nim rozliczą

SERWISY
W kwietniu Orbán dostał niemal pełnię władzy z rąk Węgrów zmaltretowanych ośmioma latami rządów socjalistów kojarzących się z korupcją i skandalami. Zdobył 263 mandaty w 386-osobowym parlamencie - po 1989 r. w naszej części Europy żadna partia nie odniosła takiego zwycięstwa pozwalającego na gładką zmianę konstytucji.

Ale przywódca centroprawicowego Fideszu objął rządy w kraju będącym w największym kryzysie gospodarczym od 1989 r. - z ludźmi przyzwyczajonymi do rozdawnictwa państwa i nieufającymi władzy. I gospodarką wymagającą pilnych reform.

Poprzedni rząd socjalistów ratował się pożyczką od MFW, UE oraz Banku Światowego - w sumie 25 mld euro pod warunkiem bolesnej reformy finansów. Na Węgrzech na początku lat 90. przeprowadzono liberalne reformy, ale później, inaczej niż w Polsce, kolejne ekipy, w tym rząd Fideszu, bały się zmian i żyły na kredyt. Przez to światowy kryzys dużo mocniej uderzył na Węgrzech niż w Polsce.

Orbán szedł do władzy, krytykując socjalistów, także ich oszczędnościowe reformy i politykę zaciskania pasa. I niespełna trzy miesiące po przejęciu władzy w imię zachowania "suwerenności gospodarczej" Węgier zerwał negocjacje z MFW w sprawie kolejnej transzy pożyczki. MFW skrytykował Węgry, twierdząc, że zamiast reform strukturalnych wolą jednorazowe, wątpliwe ekonomicznie rozwiązania takie jak nowy podatek od banków.

Ma on dać 200 mld forintów (prawie 900 mln dol) w tym i przyszłym roku. Banki będą płacić 0,45-proc. podatek od aktywów netto, a ubezpieczyciele 5,2 proc. od składek netto. - To banki spowodowały światowy kryzys finansowy, więc powinny pomóc zażegnać go. Nie mogą być traktowane jak święte krowy. Opodatkowanie banków to nie tabu - tłumaczył szef rządu. Podobało się to większości Węgrów źle nastawionych do międzynarodowego kapitału i banków.

W geście tyleż oszczędnościowym co populistycznym premier obniżył pensję urzędnikom państwowym i rozpoczął wojnę podjazdową z niepopularnym szefem banku centralnego. Wkrótce przegłosowana będzie ustawa zezwalająca na domową produkcję narodowego trunku palinki (wódki z owoców).

Premier, który ma wszystko

Politycznie Orbán, który był już premierem w latach 1998-2002, jest w dużo lepszej sytuacji niż osiem lat temu. Ma absolutną większość w parlamencie i nie musi obawiać się słabej opozycji. Socjaliści po wyborach są w rozsypce, a skrajnie prawicowy i populistyczny Jobbik zadowala się nacjonalistycznymi awanturami. Na taki luksus sprawowania władzy w Europie nie może pozwolić sobie nikt. Poza może premierem Rosji Władimirem Putinem, ale to zupełnie inna kategoria.

Od wyborów centroprawicowy Fidesz pracuje jak maszyna do zmieniania państwa, proponując i przegłosowując nowe ustawy w imponującym tempie. Zdaniem ekspertów chodzi o to, żeby opinia publiczna nie miała czasu zastanowić się - choćby za pośrednictwem debaty w mediach - czy dana ustawa jest korzystna, czy też nie.

Zgłaszając do parlamentu ustawy jako projekty poselskie (a nie rządowe wymagające dłuższej procedury), partia Orbána skraca ścieżkę legislacyjną z kilku miesięcy do kilku tygodni. Premier równie szybko wymienia szefów ważnych instytucji kontrolnych na przychylnych sobie i swej partii. Eksperci, zwłaszcza ci z lewicy, biją na alarm.

Socjolog Mária Vásárhelyi napisała niedawno, że Orbán tak chętnie mówiący o swych rządach w kategoriach rewolucji dopuszcza się w rzeczywistości swoistej kontrewolucji przeciw osiągnięciom w większości liberalnych rządów ostatnich dwóch dekad.

Fakty mówią same za siebie. Przez trzy miesiące rządów Orbán wskazał prezydenta, którego przegłosował parlament. Został nim Pal Schmitt, partyjny kolega, medalista olimpijski w szermierce i dawny działacz sportowy. Premier wymienił też dwóch sędziów trybunału konstytucyjnego (jeden z nowych sędziów nie ma odpowiednich kwalifikacji, ale jest przyjacielem Orbána).

Człowiek premiera poseł Fideszu Laszlo Domokos został też szefem Państwowego Urzędu Obrachunkowego.

Eksperci są zgodni - prezydent Schmitt nie będzie przeszkadzał Orbánowi. W odróżnieniu od odchodzącego Laszlo Solyoma, który pięć lat temu został zgłoszony przez Fidesz, ale zachował niezależność, nie odeśle budzącej wątpliwości ustawy do poprawki w parlamencie czy do trybunału konstytucyjnego.

Media pod kontrolę

Orbán zdaniem opozycji i związanych z lewicą ekspertów robi skok na media publiczne. W myśl zmian forsowanych przez Fidesz (część z nich już przeszła, reszta po wakacjach) powstanie wszechwładna Rada ds. Mediów, która będzie nadzorowała publiczną telewizję i radio oraz agencję prasową MTI. Zaś z połączenia dwóch odrębnych dziś instytucji kontrolujących radio i telewizję oraz telekomunikację powstanie Narodowy Urząd ds. Mediów i Telekomunikacji.

O ile Rada ds. Mediów, na której czele na dziewięć lat stanie osoba wskazana przez premiera (zapewne zostanie nią uchodząca za ekspertkę od mediów posłanka Fideszu Annamária Szalai), będzie sprawowała władzę polityczną i programową nad mediami, to druga instytucja zyska władzę techniczną - przyznając częstotliwości radiom czy telewizjom. W ten oto sposób - mówi opozycja - Fidesz położy obie ręce na mediach.

Opozycja i organizacje dziennikarskie obawiają się partyjnego dyktatu w obu instytucjach. Choćby dlatego, że pozostali członkowie wpływowej Rady ds. Mediów będą wybierani przez parlament. A w nim Fidesz ma absolutną większość, więc może obsadzić Radę swoimi ludźmi.

A uprawnienia Rady będą duże. W imię zapewnienia tzw. zróżnicowanego programu i wypełnienia misji publicznej przez radio czy telewizję będzie ona mogła np. skłonić media publiczne do informowania o dokonaniach (czytaj sukcesach rządu).

Biczem na media drukowane i internetowe ma być zaś tzw. prawo do odpowiedzi. Jeśli władza uzna, że któryś z artykułów mu nie odpowiada, będzie miała prawo do wydrukowania w danym tytule odpowiedzi w tym samym wymiarze.

Właśnie proponowane zmiany w mediach przysporzyły Orbánowi najwięcej kłopotów. Raban podniosły wpływowe organizacje dziennikarskie, jak choćby Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ), która nazwała ustawę medialną "restrykcyjną, ograniczającą wolność opinii i tym samym - wolność słowa".

Według szefa EFJ Aidana White'a węgierskie prawo medialne "nie spełnia standardów pluralizmu i zróżnicowania" i cofa wskazówki zegara do czasów komunizmu. Ta ostatnia uwaga szczególnie ubodła Orbána, który jest zaciekłym antykomunistą. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Jeden z eurodeputowanych Fideszu napisał pod koniec lipca absurdalną prośbę (rodzaj interpelacji) do Komisji Europejskiej w Brukseli, aby ta powstrzymała lawinę negatywnych artykułów o nowym węgierskim prawie medialnym. Bo według Fideszu zwiększa ono niezależność mediów, a poprzez centralizację - redukuje koszty utrzymania.

Wszystko się zmienia

O autorytarnych zapędach Orbána pisały "Washington Post" i "The Economist". Artykuł przychylny Orbánowi opublikował zaś londyński "Times". Zagraniczne media i wraz z nimi część liberalnych na Węgrzech nazywają Orbána żartobliwie Viktatorem (gra słów imienia Viktor z dyktatorem), ale to raczej złośliwość, bo Orbán dyktatorem nie jest.

- Jest osobowością autorytarną, a jego partia jest partią wodzowską. O wszystkim decyduje szef i premier - mówi "Gazecie" Gabor Miklos, publicysta lewicowego, krytycznego wobec Fideszu dziennika "Népszabadság". - Partii, w której wszyscy słuchaliby rozkazów wodza, dotąd nie było.

Zdaniem Miklosa Orbán wykorzystał zniechęcenie społeczeństwa rządami socjalistów, którzy, jak to mówi, "często kręcili się w kółko wokół różnych decyzji", co sprawiało wrażenie, że nic się nie zmienia. - Za Orbána wszystko się zmienia, ludzie mają przekonanie, że sprawy idą do przodu, a tego im brakowało - tłumaczy.

Orbán autorytarne zapędy łączy umiejętnie z nacjonalizmem i populizmem. Wiedząc, że nie postawi szybko na nogi pogrążonej w kryzysie gospodarki, zaczął od podobających się opinii publicznej gestów wobec węgierskiej mniejszości (ustawa przyznająca paszport Węgrom na Słowacji czy w Rumunii).

- Orbán nie jest Putinem i nie stanowi wielkiego zagrożenie dla węgierskiej demokracji - mówi "Gazecie" węgierski socjolog Pal Tamas. - To raczej autorytarny populista, taki europejski Chavez, tylko prawicowy. W odróżnieniu od prezydenta Wenezueli Orbán nie ma ropy, więc nie pretenduje do roli regionalnego mocarstwa, a jego kapitałem jest frustracja Węgrów rządami poprzednich, lewicowych, ekip.

Zdaniem Tamasa Orbán jako zaciekły antyliberał będzie próbował rozmontować wszystko to, co było osiągnięciem poprzednich, liberalnych rządów. Jeśli uda mu się wyciągnąć kraj z kryzysu, co dziś trudno przewidzieć, znajdzie swe miejsce w podręcznikach historii. Jeśli nie Węgrzy się z nim ostro rozliczą.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':