http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sieć. Bez przebaczenia

Jeffrey Rosen*
2010-08-09, ostatnia aktualizacja 2010-08-06 19:04

Bóg wymazuje grzechy tym, którzy je odpokutowali. Cybersfera rzadko czyści nasze konta, a jej nadzorcy są surowsi od Wszechmocnego


Cztery lata temu 25-letnia Stacy Snyder odbywająca staż nauczycielski w liceum Conestoga Valley w Lancaster w stanie Pensylwania wstawiła na MySpace swoje zdjęcie w pirackim kapeluszu z kubkiem w ręku, podpisane "pijany pirat". Dyrektor szkoły uznał to za "brak profesjonalizmu", a dziekan macierzystej wyższej szkoły pedagogicznej za zachowanie promujące pijaństwo na oczach uczniów. Snyder kończyła za parę dni uczelnię, ale odmówiono jej dyplomu.

Wystąpiła do sądu dowodząc, że karząc ją za legalne zachowanie po godzinach pracy uczelnia naruszyła pierwszą poprawkę. Jednak federalny sąd okręgowy oddalił pozew: skoro Snyder pracuje w sektorze publicznym, a zdjęcie spraw publicznych nie dotyczyło, "pijany pirat" nie podlega zasadom ochrony wolności słowa.

Stacy Snyder może stać się symbolem zagrożeń wczesnej epoki cyfrowej. Jej kłopoty to wyzwanie, przed jakim stają miliony ludzi - jak żyć w świecie, gdzie internet wszystko rejestruje i niczego nie zapomina, gdzie wiecznie zapamiętana będzie każda fotka, każdy wpis na Twitterze czy blogu, wszystko, co piszemy my i co piszą o nas.

Nierozważne wpisy i zdjęcia nękają nas po latach. Co dzień mnożą się przykłady - 16-letnia Brytyjka wyrzucona z pracy za wpis na Facebooku "jestem totalnie znudzona!", 66-letni kanadyjski psychoterapeuta, któremu odmówiono dożywotnio wjazdu do USA, bo strażnik na granicy odkrył w internecie artykuł w piśmie filozoficznym, w którym opisał on swoje eksperymenty z LSD sprzed 30 lat.

Według niedawnego sondażu Microsoftu 75 proc. kadrowców twierdzi, że firma wymaga od nich sprawdzania kandydatów w sieci, do czego wielu z nich używa przeszukiwarek, portali społecznościowych, serwisów foto-wideo, stron osobistych czy blogów. 70 proc. amerykańskich kadrowych zdarzyło się odrzucić kandydata z powodu zdjęć, czatów i uczestnictwa w kontrowersyjnych grupach dyskusyjnych.

Postęp technologiczny wielokrotnie zagrażał prywatności. W 1890 r. Samuel Warren i Louis Brandeis skarżyli się, że wskutek takich wynalazków, jak aparat Kodaka i tabloid, "plotka przestała być domeną złośliwych próżniaków, stając się fachem". Ale tamta łagodna poczta pantoflowa blednie wobec bezmiaru internetowych rewelacji. Facebook, który w 2008 r. stał się największym portalem społecznościowym, ma dziś blisko 500 mln członków. Dokonują oni co miesiąc ponad 25 mld wpisów. Twitter ma ponad 100 mln zarejestrowanych użytkowników, a Biblioteka Kongresu zapowiedziała niedawno, że będzie przechowywać całe publiczne archiwum Twittera od 2006 r.

Dzisiaj wszyscy muszą przywyknąć do życia na świeczniku. 26-letnia mieszkanka Manhattanu wyznała w "New York Times", że boi się imiennego oznaczania na zdjęciach online, bo wyda się, że ma tylko dwa stroje wyjściowe - koszulkę z zespołem Lynyrd Skynyrd i czarną sukienkę. "Jestem zwykłym człowiekiem, a mam kłopoty jak gwiazda filmowa".

Wiadomo od dawna, że cybersfera ułatwia voyeuryzm, ekshibicjonizm i nieumyślną niedyskrecję na niespotykaną skalę, ale dopiero zaczynamy rozumieć koszty publicznej digitalizacji wszystkiego. To, że internet nie zapomina, jest niemal egzystencjalnym zagrożeniem dla naszej możliwości zaczynania od nowa, przezwyciężenia błędów przeszłości.

W książce "Delete: The Virtue of Forgetting in the Digital Age" Viktor Mayer-Schönberger wspomina o Snyder, by podkreślić rolę "społecznego zapominania": "Wymazując pamięć zewnętrzną społeczeństwo uznaje, że ludzie rozwijają się, że potrafimy korygować nasze zachowania". W społecznościach tradycyjnych, które dostrzegają błędy, ale niekoniecznie je rejestrują, o grzechach pozwala zapomnieć ograniczenie ludzkiej pamięci. Społeczeństwo, które rejestruje wszystko, "wiąże nas trwale ze wszystkim, co dotąd zrobiliśmy".

Mówi się często, że żyjemy w epoce drugich szans. Internetowy bank permanentnej pamięci odbiera tę szansę mnóstwu ludzi - uniemożliwia zmycie piętna hańby z cyfrowej biografii. Nasz najgorszy uczynek jest często jedynym, co o nas wiadomo.

Jak rozwiązać kryzys?

Przez większość dziejów nie do pomyślenia było swobodne kształtowanie tożsamości - prezentowanie różnych ja w różnych okolicznościach (dom, praca, zabawa) - bo tożsamości były utrwalone przez układ ról w ramach sztywnej hierarchii społecznej. Ludzi definiowało miejsce zamieszkania, zawód lub gildia. Zmianę przyniósł indywidualizm umacniający się w późnym średniowieczu i odrodzeniu. Ludzie uważający się coraz bardziej za jednostki nie dziedziczyli statusu, ale zyskiwali go dzięki własnym wysiłkom i dokonaniom. Najpełniejszym wyrazem nowej, bardziej plastycznej tożsamości stał się amerykański self-made man. Na przełomie XVIII i XIX w. miliony Europejczyków migrowały ze Starego do Nowego Świata i dalej na Zachód - nieustanna możliwość ucieczki od cywilizacji na Dziki Zachód rodziła gotowość do redefiniowania siebie.

W XX w. ideał self-made mana stał się przedmiotem krytyki. Pojawiły się obawy, że Amerykanie nie mają już gdzie zaczynać wszystkiego od nowa, wymyślać siebie metodą „Gone to Texas”. Jednak epoka internetu to zmienia. Nie możesz uciec do Teksasu, ale możesz znaleźć nowy chatroom z nowym nickiem. Wedle niektórych entuzjastów technologii w sieci dzielenie tożsamości na niezliczone nicki i kategorie przyjaciół umożliwia prezentowanie w różnych kontekstach różnych aspektów ja.

Obietnica kontroli nad paletą wizerunków okazała się kolejnym mitem. Rozwój sieci społecznościowych utrudnił operowanie zwielokrotnionymi tożsamościami. Kiedy ludzie coraz częściej używają jednej platformy, na której aktualizują swój status i zapis życia prywatnego i publicznego, coraz mniej realny staje się podział na ja związane z domem, pracą, rodziną czy naszą klasą. Próba rozróżniania ich budzi, co więcej, podejrzenia. Internet nie daje władzy nad publicznym wizerunkiem, tylko przykuwa do wszystkiego, co o nas i przez nas powiedziane.

Niepokój wzrósł po tegorocznej decyzji Facebooka o częściowym upublicznieniu prywatnych profili użytkowników. W grudniu 2009 r. spółka zapowiedziała, że dostępne będą m.in. lista przyjaciół oraz informacje o rodzinie i związku. W kwietniu Facebook wprowadził system interaktywny Open Graph, pozwalający dzielić informacje z profilu z odwiedzanymi partnerskimi stronami portalu.

Spowodowało to na całym świecie lawinę krytyki. W liście do dyrektora Facebooka Marka Zuckerberga czterech demokratycznych senatorów wyraziło troskę z powodu wprowadzenia opcji "natychmiastowej personalizacji" i nowych ustawień prywatności. Studenci Uniwersytetu Nowojorskiego zapowiedzieli utworzenie w odpowiedzi na politykę Facebooka wolnego serwisu społecznościowego "Diaspora", który nie zmuszałby do rezygnacji z prywatności. W maju Facebook zareagował na krytykę, wprowadzając nowe przyciski prywatności, zdaniem firmy ułatwiające użytkownikom zrozumienie tego, jakie informacje udostępniają w jakim kontekście.

Pozostało jednak poczucie, że trzeba pilnie coś z tym problemem zrobić. Politycy czy naukowcy szukają odpowiedzi na pytanie, jak kontrolować tożsamość w sieci, która niczego nie zapomina. Czy najbardziej obiecujące okażą się rozwiązania technologiczne? Ustawodawcze? Sądowe? Etyczne?

Argentyńscy pisarze Alejandro Tortolini i Enrique Quagliano, inicjatorzy kampanii "Zapomnieć w internecie", badają polityczne i techniczne możliwości wymazywania danych. W lutym Unia Europejska dofinansowała kampanię "Think B4 U post!", zachęcającą młodzież do rozważenia "potencjalnych skutków" nieprzemyślanego publikowania zdjęć swoich i znajomych bez ich zgody. A w USA technolodzy, prawnicy i cybernetycy rozpatrują różne metody odzyskania możliwości cyfrowego zapominania.

Reputacyjne bankructwo i twittergacja

U zarania ery Web 2.0, w której treść generują użytkownicy serwisów, wielu informatyków zakładało, że samorządne wspólnoty same zadbają, by wszyscy uczestnicy mieli taką sieciową tożsamość, na jaką zasługują. Jednym z wcieleń idei, że zbiorowość poprawia większość błędów, jest Wikipedia. A kiedy zbiorowość myli się, np. zamieni się w cyfrowy motłoch, Wikipedia oferuje inne formy zadośćuczynienia. Kto uważa, że hasłu o nim brak jakiegoś kontekstu, np. zbyt uwypukla jeden osobisty czy profesjonalny błąd, może zwrócić się do grupy wydawców, którzy stwierdzą, czy jakiemuś wydarzeniu nie nadano "nadmiernej wagi".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':