To największy hołd złożony władzy tego krzyża, jaki znalazłem w naszych mediach. Proponuję jednak nieśmiało, żebyśmy nie dali się zwariować. Im dłużej krzyż stoi przed Pałacem, tym mniej dramatu i więcej groteski. Już dziś jego znaczenie jest podobne do siły konkurencyjnego krzyża z puszek po piwie Lech, który także przed Pałacem postawiła grupa młodych ludzi. Oba krzyże są zadymiarskie, żaden nie niesie sacrum.
Oczywiście, przy tej awanturze widać słabość państwa. Ale nie jest to odkrycie. Rację ma Ewa Siedlecka, przypominając, że całkiem niedawno Sejm i Senat broniły obecności krzyża w miejscach publicznych. "Krzyż nie przeszkadzał rządzącym, kiedy można było zarobić punkty u wierzących wyborców. I zyskać pochwałę Kościoła katolickiego (...). Teraz przed Pałacem Prezydenckim krzyż uwiera" - komentowała Siedlecka w "Gazecie" z 4 sierpnia. No właśnie, jeśli przez lata tworzy się słabe podbrzusze państwa, trudno się dziwić, że są chętni, by w nie kopnąć. Ważniejsze od tego wydarzenia jest to, jak niewielu zebrało ono uczestników. Tak rachityczna obrona krzyża pokazuje klęskę zgromadzonych wokół niego radykalizmów, dowodzi, że to, co ważne, jest gdzie indziej. I uświadamia też rozmiary klęski
PiS, który z partii ogólnopolskiej staje się partią jednej krypty.
Krzyż przed Pałacem stanowi też ostrzeżenie dla PO. Ostrzeżenie przed pokusą, by dziś nasze konflikty definiować jako walkę z PiS czy starcie z Polską niedemokratyczną. Z tego może wyrosnąć tylko polityka łatwa, retorycznie nawet efektowna, ale jałowa i fałszywa. Bo dziś główny problem obok stanu gospodarki to to, jak wciąż budować Polskę wolnych i równych obywateli, dbającą o prawa mniejszości i lokalną samorządność. O to się spierajmy, reszta to dygresje.