Wczoraj zaproponowała, by składki przekazywane do funduszy emerytalnych przez najbliższe dwa lata zostały w
ZUS. I poszły na bieżącą wypłatę emerytur.
Dałoby to rządowi chwilę oddechu w trudnych czasach, bo mniej pieniędzy musiałby dokładać do ZUS. Stracić mogą za to przyszli emeryci, bo kto im zagwarantuje, że przez ten czas waloryzacja w ZUS będzie wyższa niż zyski w OFE?
Minister przypomina, że w kryzysie finansowym tak zrobiły inne kraje naszego regionu, które przeprowadziły reformę emerytalną -
Estonia,
Litwa,
Łotwa. Tyle że tam sytuacja była katastrofalna, a Polska podobno jest zieloną wyspą Europy.
No i tamtejsze rządy wykorzystały te dwa lata na przeprowadzenie gruntownej reformy finansów publicznych, a nasz rząd robi niewiele. Na później odkłada reformę
KRUS, emerytur mundurowych, górniczych, sędziowskich czy prokuratorskich. Tu jest prawdziwe źródło oszczędności. Kosztują nas one ponad 25 mld zł rocznie. Ale rząd boi się narazić którejkolwiek z tych grup.
W pomysłach minister pracy jest co prawda pewien postęp. Nie chce już zabierać pieniędzy przyszłych emerytów z OFE na zawsze, tylko na chwilę. Wypadałoby odetchnąć z ulgą. Tylko dlaczego mamy ciągle wybierać między dżumą a cholerą?