http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Celebryci i eksperci

Witold Gadomski
2010-08-05, ostatnia aktualizacja 2010-08-05 10:14

Media nauczyły się prostego tricku. Zapraszają "ekspertów", żeby za dziennikarzy odwalili robotę. To dotyczy przede wszystkim telewizji informacyjnych, ale także gazet. Pomysł nie byłby zły, gdyby nie to, że eksperci szybko przeradzają się w celebrytów. Skupiają się raczej na formie niż treści wypowiedzi. Im ostrzej i bardziej skrótowo, tym większa jest szansa, że wypowiedź zostanie zauważona i zacytowana. Celebryci-eksperci mają ostatnio duże pole do popisu. Zajmują się planem finansowym rządu.

Witold Gadomski
fot.
Witold Gadomski
"Gdy teraz znowu jestem pytany, co bym zrobił w obecnej sytuacji, to odpowiadam, że na miejscu premiera natychmiast wymieniłbym ministra finansów; na miejscu rządzącej partii szybko wymieniłbym premiera; na miejscu społeczeństwa przy pierwszej okazji wymieniłbym rządzącą partię" - pisze w "Rzeczpospolitej" Grzegorz Kołodko. To zdanie czytałem przed paru miesiącami w innym tekście byłego wicepremiera. Najwyraźniej mu się podoba. Dobry bon mot, godny celebryty.

Na szczęście "Rzeczpospolita" przytacza (na "zielonych stronach") wypowiedzi kilku ekspertów, którzy nie mają ambicji występowania w "Tańcu z gwiazdami":

"Na miejscu ministra finansów zaczekałbym z podwyżką VAT do momentu po wyborach" - mówi prof. Andrzej Wernik, jeden z najlepszych w Polsce fachowców od finansów publicznych. "Do tego czasu maksymalnie egzekwowałbym regułę wydatkową i popychał do przodu reformę emerytalną. W obecnej sytuacji politycznej nie ma co liczyć na radykalne reformy. Po 2012 roku zaczną wygasać wydatki inwestycyjne, co będzie sprzyjać obniżeniu deficytu finansów publicznych".

Mirosław Gronicki, były minister finansów: "Musimy obniżać deficyt finansów publicznych, ale stopniowo. Zejście o 3 pkt w jednym roku oznacza recesję w Polsce. Podstawową metodą jest szukanie dodatkowych dochodów poprzez np. wprowadzenie podatku katastralnego, objęcie podatkiem dochodowym bogatych rolników, lepsze zarządzanie długiem publicznym, czy eliminację jałowych przepływów finansowych".

Sławomir Sikora, prezes Banku Handlowego: "Rynki na razie spokojnie czekają. Dają rządowi czas do 2012 roku, bo rozumieją, jakie byłyby polityczne konsekwencje zacieśnienia fiskalnego dokonanego przed wyborami".

W "Dzienniku. Gazecie Prawnej" na ten sam temat tekst: "Rynek już kupił budżet 2011": "Co prawda, ze względu na fatalną pogodę należy oczekiwać, że część produktów spożywczych zdrożeje jeszcze w tym roku, ale zmiany stawek VAT nie powinny być dodatkowym impulsem do wzrostu cen. Jest o tym przekonany Mariusz Goszczyński, właściciel sieci warszawskich piekarni. Jego zdaniem, na ceny pieczywa może wpłynąć tylko wzrost surowców. Nowe stawki VAT będą miały marginalne znaczenie.

- Dzięki zmianom VAT ceny żywności w 2011 roku średnio mogą spaść o 0,9 pkt proc. - zapewnia Ludwik Kotecki, wiceminister finansów. Resort opiera wyliczenia na prostej symulacji: prawie połowa wydatków na żywność dotyczy tych produktów, na które stawka zostanie obniżona z 7 do 5 proc.

W przypadku części produktów można spodziewać się spadku cen. Pod warunkiem że producenci i właściciele sklepów nie zatrzymają w swoich kieszeniach wpływów z niższej stawki VAT. Może to dotyczyć takich towarów jak chleb, kiełbasa, wędliny, nabiał ()

Jeśli żywność nie zdrożeje po podwyżce VAT, rząd rzeczywiście kupi sobie nieco czasu. Ryzyko wybuchu niezadowolenia społecznego będzie wówczas znikome. I Ministerstwo Finansów będzie mogło skupić się na składaniu budżetu.

Już wiadomo, że nie zamierza wrócić do waloryzacji progu dochodów w podatku PIT. To może mu dać kilkaset milionów złotych rocznie. Praktycznie przesądzony jest też wzrost akcyzy na wyroby tytoniowe o 4 proc. To zapewni 220 mln zł. Ministerstwo Finansów chce też nałożyć kaganiec na elastyczne wydatki budżetu. Efekt? Około 2,8 mld zł w przyszłym roku. Największe wpływy ma jednak przynieść planowana podwyżka VAT - około 5-6 mld zł. Dzięki tym zabiegom jest szansa, że przyszłoroczne dochody wyniosą około 268 mld zł, tak jak zakłada rząd. Wtedy, przy zastosowaniu reguły wydatkowej, deficyt może wynieść około 45 mld zł".

W "Gazecie Wyborczej" dwóch ekspertów: Stefan Kawalec i Andrzej Sławiński wypowiada się o ryzyku, jakim są kredyty walutowe: "To właśnie masowe udzielanie przez banki kredytów walutowych gospodarstwom domowym było główną przyczyną kryzysów bankowych i głębokich recesji w wielu krajach naszego regionu. Europa Środkowo-Wschodnia to dziś jedyny region świata, gdzie gospodarki wschodzące przeżywają poważne kłopoty. Dlaczego nie przeżywają ich gospodarki wschodzące w Ameryce Łacińskiej i w Azji? Ano głównie dlatego, że ani w Ameryce Łacińskiej, ani w Azji banki nie udzielały tak powszechnie kredytów walutowych gospodarstwom domowym (...)"

"W 2009 r. kredyty walutowe stanowiły w Polsce średnio 65 proc. portfela kredytów mieszkaniowych, a w niektórych bankach udział kredytów walutowych jest bliski 100 proc., dlatego wprowadzenie przez KNF 50-proc. pułapu udziału kredytów walutowych w portfelu kredytów hipotecznych banków byłoby przejściowym kompromisem, który chroniłby gospodarkę. (...) Proponowane rozwiązanie powinno być traktowane jako pierwszy krok. KNF powinna monitorować skutki wprowadzonej regulacji i w razie potrzeby być gotowa do jej modyfikacji i wprowadzania rozwiązań idących dalej. Długofalowym celem powinno być nie tyle stopniowe obniżanie procentowego udziału kredytów walutowych w całkowitym portfelu kredytowym, ile udziału kwoty kredytów walutowych w PKB.

W "Polsce. The Times" ciekawy wywiad z ekspertem-psychologiem Ewą Woydyłło o innej sprawie, jaką w ostatnim tygodniu żyje kraj: "Przed Pałacem rozwinęła się obsesja" - mówi Ewa Woydyłło. "To z psychologią tłumu nie ma nic wspólnego. Psychologia tłumu zamanifestowała się w Niemczech za czasów Hitlera, gdy z dnia na dzień przyłączały się coraz większe rzesze, od kilkudziesięciu do tysięcy, a następnie milionów ludzi. Tu pod krzyżem stoi kilkadziesiąt, najwyżej kilkaset osób. Zwykle tego typu ludzie ze skrajnymi poglądami funkcjonują na obrzeżach normalnego, społecznego nurtu życia. W tym wypadku ich poglądy zostały podsycone, zrodziło się myślenie w kategorii: prawdziwi Polacy, dla których krzyż jest symbolem Polski. Znaleźli się w centrum zainteresowania, ogniskując całe to natężenie w jednym, i to bardzo widocznym miejscu. I to wcale nie dlatego, że mieli taki zamysł i wolę, ale dlatego, że tej garstce zaczęła sekundować plejada autorytetów (...) Ta grupa ludzi nie uznaje takich autorytetów jak Józef Tischner, albo Leszek Kołakowski. Mają swoje. Ich autorytetami są Radio Maryja, skrajnie klerykalna prawicowa część PiS, rada programowa PiS, na pewno też hierarchowie Kościoła".

To najlepsza charakterystyka "obrońców krzyża", jaką czytałem w Polskiej prasie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    25 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':