http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Po co rządowi czas?

Witold Gadomski
2010-08-04, ostatnia aktualizacja 2010-08-03 23:29

W przyszłym roku rząd będzie łatał dziurę w budżecie wpływami ze sprzedaży akcji posiadanych przez siebie banków i innych spółek giełdowych, podwyżką VAT i zyskami z NBP. Wszystko po to, by - według słów premiera - kupić czas. Ale właściwie po co rządowi ten czas?

Witold Gadomski
Fot. Gazeta
Witold Gadomski
Dziura w budżecie mimo łat pozostaje ogromna, a dług publiczny zbliża się do groźnego pułapu 55 proc. PKB. Za rok o tej porze będziemy w trakcie kampanii wyborczej do Sejmu, a rząd będzie się przymierzał do budżetu na 2012 r. Nie będzie już mógł liczyć na pieniądze ze sprzedanych spółek, a zyski z NBP mogą okazać się iluzoryczne, więc będzie musiał znaleźć dodatkowo jakieś 20-30 mld zł lub co najmniej o taką kwotę ściąć wydatki.

Za kolejny rok będziemy się zastanawiać nad budżetem 2013, w którym to roku Polska zgodnie z obietnicami rządu zawartymi w tzw. planie konwergencji obiecała Komisji Europejskiej obniżenie deficytu finansów publicznych do 2,9 proc., czyli - ścięcie go o więcej niż o połowę. Trzeba będzie redukować wydatki o kolejne kilkadziesiąt miliardów złotych lub znaleźć dodatkowe dochody na taką sumę.

Ekonomiści i niektórzy publicyści (w tym wyżej podpisany) twierdzą, że "kupowanie czasu" to przesuwanie problemów o rok, a właściwie hodowanie nowych kłopotów, które rosną jak niekarczowane chwasty. Ale premier z twarzą pokerzysty daje do zrozumienia, że zna magiczną formułę, jak bezboleśnie naprawić finanse publiczne i przyspieszyć wzrost gospodarki, utrzymując ogromną dziurę w budżecie przy rosnących podatkach. Ekonomistów i publicystów gani za "brak realizmu". Dla Tuska realizmem jest bierność i odkładanie rozwiązań.

Profesor Stanisław Gomułka, do niedawna wiceminister finansów w rządzie Tuska, przestrzega: Co będzie, jeśli rynki finansowe zniecierpliwione grą na czas zażądają 2-3 pkt proc. więcej od pożyczanych rządowi pieniędzy? A każdy punkt procentowy to ponad 6 mld zł. Tak zaczął się kryzys na Węgrzech.

Rząd nie jest od tego, by każdemu robić dobrze i zachować wysokie notowania, lecz by chronić Polskę przed niebezpiecznymi scenariuszami. Póki jeszcze czas.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    41 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':