Dziura w budżecie mimo łat pozostaje ogromna, a dług publiczny zbliża się do groźnego pułapu 55 proc. PKB. Za rok o tej porze będziemy w trakcie kampanii wyborczej do Sejmu, a rząd będzie się przymierzał do budżetu na 2012 r. Nie będzie już mógł liczyć na pieniądze ze sprzedanych spółek, a zyski z
NBP mogą okazać się iluzoryczne, więc będzie musiał znaleźć dodatkowo jakieś 20-30 mld zł lub co najmniej o taką kwotę ściąć wydatki.
Za kolejny rok będziemy się zastanawiać nad budżetem 2013, w którym to roku Polska zgodnie z obietnicami rządu zawartymi w tzw. planie konwergencji obiecała Komisji Europejskiej obniżenie deficytu finansów publicznych do 2,9 proc., czyli - ścięcie go o więcej niż o połowę. Trzeba będzie redukować wydatki o kolejne kilkadziesiąt miliardów złotych lub znaleźć dodatkowe dochody na taką sumę.
Ekonomiści i niektórzy publicyści (w tym wyżej podpisany) twierdzą, że "kupowanie czasu" to przesuwanie problemów o rok, a właściwie hodowanie nowych kłopotów, które rosną jak niekarczowane chwasty. Ale premier z twarzą pokerzysty daje do zrozumienia, że zna magiczną formułę, jak bezboleśnie naprawić finanse publiczne i przyspieszyć wzrost gospodarki, utrzymując ogromną dziurę w budżecie przy rosnących podatkach. Ekonomistów i publicystów gani za "brak realizmu". Dla Tuska realizmem jest bierność i odkładanie rozwiązań.
Profesor Stanisław Gomułka, do niedawna wiceminister finansów w rządzie Tuska, przestrzega: Co będzie, jeśli rynki finansowe zniecierpliwione grą na czas zażądają 2-3 pkt proc. więcej od pożyczanych rządowi pieniędzy? A każdy punkt procentowy to ponad 6 mld zł. Tak zaczął się kryzys na Węgrzech.
Rząd nie jest od tego, by każdemu robić dobrze i zachować wysokie notowania, lecz by chronić Polskę przed niebezpiecznymi scenariuszami. Póki jeszcze czas.