Miało być przede wszystkim "godnie". Krzyż upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej o godz. 13 w uroczystej procesji miał być przeniesiony do oddalonego o 400 m kościoła św. Anny.
Choć od tygodni było wiadomo, że przeciwnicy przeniesienia krzyża nie odpuszczą, Kancelaria Prezydenta liczyła na to, że tłum doceni powagę chwili, a widok księży uczestniczących w procesji ostudzi ich emocje. Dlatego całe tzw. zabezpieczenie miało być "na miękko". Przede wszystkim bez policji, za to z udziałem strażników miejskich w odświętnych mundurach.
Ale urzędnicy się przeliczyli. Szybko stało się jasne, że tłum nie da za wygraną. Już po godz. 13 zrezygnowany minister Jacek Michałowski, szef Kancelarii Prezydenta, oświadczył: - Sytuacja jest na tyle poważna, że nie powinniśmy narażać ani harcerzy, ani księży na to, co się może tutaj zdarzyć. Poziom agresji jest zbyt wielki. Przykro mi bardzo, ale krzyż dziś do kościoła św. Anny nie trafi.
Ekstremę zostawiono przy krzyżu Bladym świtem przed Pałacem służby miejskie rozstawiły płotki wokół krzyża. Organizatorzy zdecydowali się na lekkie barierki łatwe do wywrócenia. Zostawili pod krzyżem grupkę osób, które broniły go najgorliwiej.
- To był główny błąd taktyczny - mówi jeden z organizatorów. - Kiedy stawiano barierki, była okazja, by przesunąć tę grupę na ulicę i pilnować, by nie przeszli z powrotem. Jaki sens ma grodzenie terenu, jeżeli w środku zostawia się ludzi najbardziej aktywnych?
Około godz. 12 chyba najbardziej znana z mediów obrończyni krzyża - pani Joanna - próbowała się do niego przywiązać. Do akcji wkroczyli BOR-owcy i strażnicy. Wzięli ją pod ramiona i wyprowadzili za barierki.
Po tej awanturze tłum zrobił się nerwowy i zaczął napierać na barierki. Gdy strażnicy zorientowali się, że jest ich za mało, na Krakowskie ściągnięto oddział interwencyjny, ubrany na czarno, z długimi pałkami.
A tłum dalej napierał. - Na szczęście nikt nie został ranny, choć funkcjonariusze byli kopani i bici pięściami - mówi Monika Niżniak, rzeczniczka stołecznej straży. Jeden ze strażników użył gazu pieprzowego. Po tej interwencji kilkanaście osób musiało skorzystać z pomocy pogotowia.
- Według wstępnych informacji, które mam, strażnik zrobił to zgodnie z procedurą. Nie chodziło o to, że sam został uderzony, ale o bezpieczeństwo innych osób w tłumie. Użycie gazu ostudziło zapędy niektórych - podkreśla Niżniak.
Precz z czerwonymi kmiotkami Przybycie księży z harcerzami, zamiast ostudzić emocje, tylko je podgrzało. Obrzucono duchownych wyzwiskami i garściami drobnych monet. Oberwało się też strażnikom miejskim. Oprócz plastikowych butelek w ich stronę leciały też znicze.
Gdzie była
policja? Według naszych informacji policjanci w pełnym rynsztunku byli ukryci w Pałacu, gotowi do akcji, gdyby zdecydowano się na rozwiązanie siłowe. - Nie wyszli, bo ktoś się ewidentnie przestraszył rozwoju sytuacji. Tłum był wyjątkowo zdeterminowany i agresywny - opisuje jeden z harcerzy.
- Harcerze ze Związku Harcerstwa Polskiego, których organizacja delegowała do udziału we wczorajszej procesji, nie zamierzają brać udziału w kolejnych próbach - zaznacza Jędrzej Kunowski, rzecznik stołecznego ZHP. - Byli wyzywani od czerwonych kmiotów. Tłum reagował agresywnie za każdym razem, gdy zobaczył harcerski mundur.
O wszystkim decydowała Kancelaria Prezydenta Awanturze przyglądał się wiceburmistrz warszawskiego Śródmieścia Marcin Rzońca (
SLD): - Pilnowałem publicznego mienia. Jeśli zbita byłaby choć jedna z witryn, natychmiast zamierzałem zadzwonić do komendanta stołecznego, żeby wysłał na Krakowskie Przedmieście ciężki sprzęt.
Rzońca jeszcze przed uroczystością zadzwonił do policjantów. - Usłyszałem: "Możecie czuć się spokojni, jesteśmy przygotowani na wszystkie warianty" - opowiada.
Twierdzi, że nie było innego wyjścia, jak zrezygnować z procesji. - Jest tylko pytanie, dlaczego takiego wyjścia nie było. Winę ponoszą służby ratusza i Kancelarii Prezydenta, czyli instytucji, które na kolejnych naradach decydowały o szczegółach akcji.
Nasi rozmówcy z ratusza twierdzą, że taki scenariusz wybrała Kancelaria Prezydenta, gospodarz terenu. - To stamtąd poszło zalecenie, by przy barierkach stali tylko strażnicy miejscy i BOR-u - mówi nam stołeczny urzędnik.
- To nie było zgromadzenie publiczne, ale uroczystość kościelna - mówi Tadeusz Grzybowski, wiceszef miejskiego biura bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego. - Dlatego nie angażowano policji, tylko straż miejską.
Kto podjął taką decyzję? - Nie chcę tego oceniać. Ale na przyszłość trzeba z dzisiejszej sytuacji wyciągnąć wnioski - mówi Grzybowski.
Późnym popołudniem
wydano wspólne oświadczenie Kancelarii Prezydenta, kurii, duszpasterstwa akademickiego oraz obu związków harcerskich. Czytamy w nim m.in.: "Jest nam przykro, że uzgodniona wcześniej uroczystość nie mogła się odbyć. W poczuciu odpowiedzialności za zgromadzonych oraz przez szacunek dla tego ważnego dla nas wszystkich symbolu zdecydowaliśmy o pozostawieniu krzyża w dotychczasowym miejscu. Nadal uważamy, że tylko w drodze dialogu może zostać wypracowane trwałe rozwiązanie, będące godnym upamiętnieniem ofiar katastrofy smoleńskiej".
Obrońcy krzyża zapowiadają dalsze warty. Choć i wśród nich nie ma zgody, jak długo trwać przy krzyżu. Niektórzy uważają, że przynajmniej rok, inni, że do czasu pisemnej deklaracji z Kancelarii Prezydenta, że ofiary katastrofy smoleńskiej zostaną godnie upamiętnione "w tym miejscu".