To największa katastrofa ekologiczna w historii
USA i jedna z najgorszych w historii świata. Wyciek jest nieporównywalny nawet z wypadkiem tankowca "Exxon Valdez" z 1989 r., kiedy to sztorm zepchnął statek na skały u wybrzeży Alaski, a ze zbiorników wypłynęło do morza 40 mln litrów ropy. Katastrofa byłaby jeszcze poważniejsza, gdyby BP pod naciskiem rządu USA nie próbowało wyłapywać części wyciekającej ropy - udało się przepompować na tankowce 127 mln litrów.
20 kwietnia na dzierżawionej przez paliwowego giganta platformie Deepwater Horizon doszło do wybuchu, który zabił 11 osób i spowodował wielki wyciek ze złoża znajdującego się 1,6 km pod powierzchnią morza. Przyczyną były m.in. zaniedbania pracowników BP i chęć oszczędzenia pieniędzy na urządzeniach zabezpieczających złoże.
Początkowo koncern podawał zaniżone dane o ilości wypływającej ropy. Dopiero pod naciskiem Białego Domu przystąpił do energicznych prób zatkania wycieku. Udało się to 15 lipca, po zamontowaniu 70-tonowej kapsuły. We wtorek BP poinformowało, że zaczyna wpuszczać do złoża mieszankę cementu i ciężkiego mułu, co ma ostatecznie zaczopować wyciek. Jednak dopiero zatkanie w ten sposób drążonych właśnie dwóch dodatkowych odwiertów da pewność, że operacja się udała.
Specjaliści oceniają, że ta operacja, jak również oczyszczanie plaż Luizjany, Missisipi i Florydy oraz odszkodowania dla hotelarzy czy rybaków, którzy z powodu katastrofy stracili źródło utrzymania, będą kosztować BP ok. 35 mld dol.
Koncern zrezygnował w tym roku z wypłacenia dywidendy, pozbywa się też części aktywów. Wczoraj zgodził się sprzedać za 1,9 mld dol prawo do wydobycia ropy i gazu w Kolumbii konsorcjum kolumbijskiego Ecopetrolu i kanadyjskiego Talismana. Wcześniej na podobnych operacjach zarobił 7 mld dol.