"O jednym takim..." Zaremby to pierwsza jak dotąd biografia Jarosława Kaczyńskiego. Obszerna, 400-stronicowa, żywo napisana. I jak to u Zaremby - mocno autorska. Autor większość opisywanych wydarzeń obserwował bowiem z bliska, ich kulisy poznawał na bieżąco, w toku rozmów z głównymi aktorami. Na efekcie zaciążył, niestety, pośpiech. Widać, że pomysł biografii zrodził się po katastrofie smoleńskiej, a horyzont wyznaczony autorowi przez wydawcę sięgał wyborów prezydenckich. Marketingowo to zrozumiałe, ale ze szkodą dla książki. Narracja zdaje się pękać w połowie, czyli w momencie powstania PiS i sięgnięcia braci Kaczyńskich po władzę. Zaremba nie wiedzieć czemu odchodzi od dotychczasowego stylu opowiadania, w którym odautorski komentarz pełnił funkcję przyprawy do głównego toku narracji, pogrążając się w monotonnej, mocno jednostronnej publicystyce, ukierunkowanej na wyszukiwanie uzasadnień i racjonalizacji dla wszelkich ekscesów władzy rządzącej w latach 2005-07. A do tego nasyca narrację autocytatami z własnej publicystyki. Zabieg to irytujący, podsuwający podejrzenie, że autor idzie na łatwiznę.
Dla czytelnika, który nie podziela publicystycznych tez Zaremby, ta biografia staje się więc problemem. Bo wbrew temu, co na wstępie autor zapowiada, jego książka z pewnością nie jest próbą wyważonego portretu Jarosława Kaczyńskiego.
Cel zrealizowany w 200 proc. Pisze na wstępie Piotr Zaremba o swoich relacjach z Jarosławem Kaczyńskim: "Apogeum naszych kontaktów przypadło na lata 2004-06, kiedy nie bez trudności zdołaliśmy wraz z Michałem Karnowskim przeprowadzić wywiad-rzekę z obydwoma braćmi Kaczyńskimi ["O dwóch takich... Alfabet braci Kaczyńskich"]. (...) Te rozmowy dały nam gigantyczną wiedzę, ale też coś więcej. Coś, co jest najbardziej potrzebne, gdy bierzemy się za opisywanie polityki: zrozumienie motywacji, sposobu myślenia, wizji świata opisywanych bohaterów. Nie chodzi o afirmację, a właśnie o zrozumienie. Może dlatego uznałem sam siebie za dobrego kandydata do napisania kolejnej książki".
Cel został zrealizowany, nawet w 200 procentach. I o to można mieć do Zaremby największe pretensje. Opisując Kaczyńskiego, bacznie się pilnował, by nawet na chwilę nie opuścić punktu widzenia swojego bohatera, nie stracić z oczu jego celów i motywacji, nie zapomnieć o jego traumach i urazach. W efekcie otrzymujemy obszerną rekonstrukcję wnętrza Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli jednak ktoś pragnie dowiedzieć się, dlaczego ten polityk budzi tak skrajne emocje społeczne, od Zaremby wiele się nie dowie.
Czytam więc książkę Zaremby, notuję na marginesach uwagi i krew się we mnie gotuje, gdy widzę, jak zdawkowo i wyrozumiale traktuje autor te epizody z życia Kaczyńskiego, wokół których zawsze definiowałem swój negatywny stosunek do tego polityka. Do znudzenia powtarzana formułka: "Można Kaczyńskiego zrozumieć, bo..." (tu następuje wyliczanka prawdziwych i urojonych krzywd z przeszłości) jest nieustającym przedmiotem irytacji u czytelnika, którego stosunek do bohatera Zaremby jest bardziej ambiwalentny.
Garść przykładów, czyli uniwersalny rozgrzeszacz Początek 1991 r. Wałęsa pod hasłem „przyspieszenia" wygrywa wybory prezydenckie. Powstał nowy rząd, ale wybrany w półdemokratycznych wyborach Sejm kontraktowy trwa. Pisze Zaremba: „Wałęsa nie jest konsekwentny. (...) Nie idzie za gromkim głosem szefa swojej kancelarii Jarosława Kaczyńskiego, który go wzywa, aby samemu ten Sejm rozwiązał i nadał ordynację drogą dekretu. Byłby to krok bez wątpienia bezprawny i rewolucyjny. Dzięki takim propozycjom »arcydworak « jest nieomal w następnym zdaniu opisywany przez media jako Robespierre".
Słusznie czy nie? Jeśli sufluje Kaczyński prezydentowi "krok bezprawny i rewolucyjny", to słuszne. Zaremby takie sprawy jednak nie interesują. Pisze dalej: "Kaczyński ma podwójnie rację - jesienny, a nie wiosenny termin wyborów to prosta droga do opadnięcia przyspieszeniowych nastrojów, a więc do gorszego wyniku ugrupowań belwederskich. (...) A ordynacja skrajnie proporcjonalna, korzystna dla bojących się o własne wyniki partii starego systemu, jest po prostu niedobra dla kraju".
A więc ówczesny lider PC miał rację, forsując rozwiązanie Sejmu, przypominam raz jeszcze - "bezprawne i rewolucyjne", tylko po to, aby jego hasło polityczne nie straciło powabu, a partia utrzymała poparcie? Tak demokrację postrzega Piotr Zaremba?
Nie minie rok, a sam Wałęsa stanie się wrogiem numer jeden braci Kaczyńskich. Utworzony dzięki wysiłkom Jarosława rząd Olszewskiego wpisze Wałęsę jako TW "Bolka" na listę agentów. Zaremba uczciwie przytacza wypowiedzi Kaczyńskiego wskazujące na to, że już w 1990 r., czyli w czasach jego bliskiej współpracy z Wałęsą, wiedział o tych uwikłaniach. Skoro więc wiedział, to czemu tę wiedzę zignorował?
"Pytanie o jego ówczesne postępowanie jest pochodną pytania o to, czy mógł się obejść bez Wałęsy". - lakonicznie kwituje Zaremba. Bo w tamtym czasie Kaczyński potrzebował Wałęsy jako taranu do realizacji własnego programu. Bo cel jest najważniejszy i dla jego realizacji można wszystko poświęcić? A gdzie zasady? Rozumiem jeszcze, że poświęca je na ołtarzu skuteczności Kaczyński. Od jego biografa (a nie hagiografa) oczekuję jednak oceny.
Oczywiście pułapki relatywizowania czyhają na każdego uczestnika debaty. Weźmy słynną instrukcję 0015, na podstawie której
UOP być może inwigilował w latach 90. legalną, parlamentarną opozycję - zwłaszcza PC. Jeśli tak było, działania służb były gwałtem zadanym demokracji. Problem w tym, że obecny stan wiedzy nadal nie pozwala formułować definitywnych ocen w tej sprawie. Wątpliwości budzi więc postawa Zaremby, który traumę Kaczyńskiego traktuje jako uniwersalny rozgrzeszacz: "Czyż można dziwić rozlicznym żalom i fobiom ówczesnego prezesa PC? Trudno mu się odnosić z sympatią do wielu ludzi nawet z nieodległych od niego ideowo partii, skoro podejrzewa ich o przyzwolenie na usunięcie go z życia publicznego siłą. Bardziej zrozumiała staje się obsesyjna niechęć do niektórych postaci z PO, które kojarzy czasem przesadnie, a czasem słusznie, z ówczesnymi służbami. Te postaci zalazły mu za skórę bardziej niż postkomuniści".
Co w takim razie z "postaciami z PO", które prezes "kojarzy przesadnie"? A jeśli jakieś inne postaci "skojarzą się" teraz Kaczyńskiemu z rzekomym zamachem w Smoleńsku? Zaremba też potraktuje sprawę z wyrozumiałością?
Prawdziwy smak IV RP Przejdźmy jednak do czasów PiS. Przed kampanią 2005 r. prezes Kaczyński rzucił na stół projekt konstytucji IV RP. Pisała prasa, że tekst z demokracją jest na bakier. Zaremba zbija te zarzuty jako niedorzeczne. Zaraz przyznaje jednak, że "część z tych zapisów trzeba uznać za dziwaczne". Zwłaszcza ten, później zarzucony, o Komisji Prawdy i Sprawiedliwości.
Pamiętasz Czytelniku, o co chodziło? Zacytujmy samego Piotra Zarembę: "Jarosław Kaczyński wierzył w jakieś jedno wielkie dochodzenie (prowadzone prawdopodobnie przez długie lata, w kilka miesięcy by się nie dało), wyjaśniające hurtem wszystkie nieprawości III RP. Można podejrzewać, że w tyle głowy miał inwigilację prawicy i własne przekonanie, że służby specjalne wywierają zbytni wpływ na polską politykę".
Oto IV RP w pigułce! Zaremba chyba dostrzega absurdalność pomysłu, ale pasję publicystyczną woli pohamować.
„Działo się coś paradoksalnego" - opisuje percepcję ówczesnego programu PiS autor „O jednym takim...". „Z jednej strony »Gazeta Wyborcza « wspierała swoimi artykułami tę krucjatę [przeciwko korporacji prawniczej] - opisując dramatyczne kłopoty młodych ludzi niedopuszczonych do adwokatury, żeby nie robić konkurencji dzieciom prawników (...). A z drugiej, cały pakiet nazywany umownie IV Rzeczpospolitą przedstawiany był jako zagrożenie dla demokracji i praw człowieka".
I co tu "paradoksalnego"? Chyba tylko w logice Kaczyńskiego: jeśli ktoś nie akceptuje IV RP hurtem jak leci, to należy do układu. Szkoda, że Zaremba na żadnej z 400 stron swej książki ani razu nie wspomina o moralnym szantażu, który rzucał złowrogi cień na debatę z lat 2005-07. Bez tego żaden czytelnik nie poczuje prawdziwego smaku IV RP.