Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Gdzie jest najgorzej?Marcin Rutkiewicz, stowarzyszenie "MiastoMojeAwNim": - W centrum Warszawy i na wylotówkach dużych miast. Ale źle jest wszędzie. Polska stała się jednym z najbardziej zaklejonych krajów Unii. W Czechach jest lepiej, w krajach nadbałtyckich - lepiej. Moje ulubione miejsce to trasa między Wejherowem a Gdańskiem, spełniony koszmar.
A co tam jest?- Przez 40 km przedziera się pan przez dżunglę billboardów z reklamami wielkich firm, przez las pstrokatych tablic reklamujących jakieś drobne biznesy, namalowanych własnoręcznie przez szwagra z kolegą. Do tego co chwila jakieś dziwaczne konstrukcje, góra starych opon z napisem "Wulkanizacja" albo kilkumetrowa postać z plastikowych pojemników po czymś tam. Okropnie zaklejone jest też Podhale, zwłaszcza Zakopane. Ludzie jadą w Tatry, a trafiają na bazar. Chcą patrzeć na Giewont, a widzą reklamę Castoramy. Bałagan, aż oczy bolą.
Dlaczego w Alpach nie ma bałaganu?- Bo gminy alpejskie uznały, że krajobraz trzeba chronić, potrafią łatwo przeliczyć to na wpływy z turystyki. Ludzie tam rozumieją, że muszą chronić wspólne dobro. Podam przykład Niemiec. Rada gminy może zwykłą uchwałą ustalać prawo miejscowe. I ustala: w naszej gminie może być tylko 50 billboardów o maksymalnej powierzchni 8 m kw., mogą stać tu i tu. Szyldy reklamowe przy hotelach, restauracjach, wyciągach, sklepach mogą mieć maksymalnie 1 m kw., kolor zielony i trzy typy czcionki do wyboru. I koniec, nie ma dyskusji. Jak ktoś ze szwagrem wymaluje piękny banner na żółto-czerwono, to przyjdzie policjant i każe mu zdjąć.
U nas się nie da tak uchwalić?- Nie. W Polsce zabudowę można ograniczać tylko w ramach miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Procedura uchwalania trwa latami, każdy może się odwołać, zablokować. Poza tym gmina nie odpowiada za estetykę otoczenia, to nie jest wpisane do ustawy jako tzw. zadanie własne samorządu. Nie ma też w polskim prawie dobrej definicji przestrzeni publicznej. Na swojej posesji może pan powiesić, co się panu żywnie podoba. Mimo że wszyscy to widzą, to nie przestrzeń publiczna. No, chyba że będzie to goła baba albo brzydki wyraz - wtedy zdejmą, bo to obraza moralności i są stosowne paragrafy. Ale ohydnego billboardu nie zdejmą.
To co robić?- Są zwolennicy opcji zerowej, taki patent zastosowano w Rio de Janeiro, gdzie wszystko było zaklejone do ostatniego kawałka muru. Trzy lata temu burmistrz walnął pięścią w stół: "Zdejmujemy!". Uchwalono drakońskie przepisy, zdjęto wszystko, łącznie z szyldami typu "fryzjer", "bar", "poczta". Był straszny bałagan, trudno było gdziekolwiek trafić. Spod reklam wyszło też sporo syfu, który dotąd był zasłonięty tą pstrokacizną. Ale generalnie akcja się udała, miasto na nowo dogadało się z firmami reklamowymi na rozsądnych warunkach.
Weźmy zdjęcie nr 1 - dom oblepiony bannerami firmy Gros. Albo zdjęcie nr 3 - okropny ludzik z plastikowych pojemników. Tu nie ma co dyskutować z właścicielami, to po prostu jest okropne. Trzeba im kazać. Istnieje w Polsce taki egzotyczny urząd, o którym mało kto wie, nazywa się "plastyk miejski". Ci ludzie teoretycznie mają dbać o to, żeby było ładnie. Ale niewiele mogą. Gdyby dać im realną władzę, to do właściciela firmy Gros przyszedłby plastyk miejski z policjantem: "Pan to wszystko zdejmuje i zamiast tego stawia przed wjazdem skromną tablicę informacyjną, tak samo jak pana sąsiad".
Dlaczego gust jakiegoś plastyka ma decydować, co jest ładne i co mi wolno powiesić na własnym domu?- No właśnie, to jest polska anarchia: "Nie będzie mi nikt mówił". Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Ale przecież na ten pański żarówiasty banner patrzą setki ludzi, wiesza go pan w przestrzeni publicznej. I powinien pan szanować tę wspólną przestrzeń, nie zaśmiecać jej. Gdy ktoś emituje ze swojego terenu hałas albo zanieczyszczenia, są na to paragrafy. Na hałas wizualny, zanieczyszczenia wizualne - nie ma. Dotykamy tu też kwestii gustu. Dla kogoś ładny jest jeleń na rykowisku albo marmurowy krasnal. U nas takie gusta są niestety dosyć powszechne. Pytanie: czy mniejszościowa grupa ludzi, wykształconych plastyków, architektów, urbanistów, może mieć monopol na kształtowanie przestrzeni publicznej, czy może narzucać większości swój wyrobiony gust. Uważam, że może. Bo uczyli się tego latami i po prostu wiedzą lepiej. Statystyczny Polak ma niestety niskie poczucie wrażliwości estetycznej. Coś panu pokażę. Oto zdjęcie z cmentarza. Co wisi na murze? Pstrokate bannery: "Sauny", "Restauracja Kaszubska", "Wolne domki". A to zdjęcie wiejskiej kapliczki całej obklejonej: "Windsurfing", "Jazdy konne". Nawet sacrum już nie odstrasza reklam! Skoro tak, to trzeba postawić policjanta od estetyki. Trudno.
Ile jest w Polsce billboardów?- Legalnych - 110 tysięcy. Z tego w Warszawie około 20 tysięcy, największy ma 164 m kw. Dla porównania: w Paryżu jest 1800 billboardów, mogą mieć maksymalnie 8 m kw. w strefie centralnej i 12 m kw. poza tą strefą. I jest dużo głosów, żeby zmniejszyć te wielkości. W
USA już pięć stanów zakazało billboardów, m.in. Hawaje i Alaska. Żeby chronić krajobraz. Inne stany wprowadzają ograniczenia, np. może być tylko 15 tys. billboardów i jak firma reklamowa chce powiesić jeden nowy, to musi zdjąć jeden stary.
Ile powinno być w Polsce billboardów?- Moim zdaniem maksymalnie 20 tysięcy. Reklama zewnętrzna powinna być rzadka i droga, przestrzeń publiczna powinna słono kosztować. Wiele firm reklamowych popiera zresztą pomysł drastycznego ograniczenia liczby billboardów. Przecież wszystko im jedno, czy sprzedają miejsca na 100 tablicach po 500 zł, czy na 10 tablicach po 5000 zł. Co więcej - im mniej billboardów, tym bardziej skutecznie. 10 lat temu kampania na 500 tablicach była doskonale widoczna. Dzisiaj kampania na 1000 tablicach znika w natłoku innych reklam. Wszyscy mają tego wariackiego wyścigu dosyć, ale nikt go nie potrafi przerwać.
Co będzie?- Gorzej. W Tajlandii wzdłuż jednego billboardu jechałem samochodem ponad 30 sekund. Widziałem też reklamy stojące w morzu frontem do plaży. Nie ma granicy dla reklamy, wciśnie się wszędzie, jeśli jej pozwolić. A nawet jak wszystko będzie już obklejone i zabraknie miejsca, to reklama i tak sobie coś znajdzie. Weźmy Warszawę. Jest w niej już niewiele wolnych ścian, więc reklamy zaczęły pojawiać się na dachach. Przyszedł kryzys i na razie się to nie rozpleniło.