Komorowski - Made in Poland
03.08.2010
, aktualizacja: 03.08.2010 10:43
Bronisław Komorowski (Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta)
A może nowy prezydent wziąłby się za dyplomację biznesową? I po zwyczajowym tournée Bruksela - Paryż - Berlin wybrał się do Azji - Indii, Indonezji, Wietnamu, a nawet do Chin
Egzotyczny pomysł i myślenie życzeniowe? Tylko pozornie, bo światowa dyplomacja jest dziś podszyta biznesem. Równe ważne, co umacnianie strefy wpływów, staje się przygotowywanie gruntu do zawierania wielomilionowych kontraktów, zachęcanie inwestorów, aby tworzyli w Polsce nowe miejsca pracy, promowanie wizerunku kraju jako dobrej przystani dla zagranicznego kapitału.
Robią to z powodzeniem największe europejskie mocarstwa, angażując nie tylko premierów czy prezydentów, ale także sportowców i celebrytów. Najlepszym przykładem z ostatnich dni jest zeszłotygodniowa wizyta Davida Camerona w Indiach. Premier Wielkiej Brytanii wraz z 68 osobową delegacją ministrów, szefów firm i znanych sportowców pojechał do dawnej perły w brytyjskiej koronie, by niemalże na kolanach zabiegać o kontrakty dla brytyjskich firm i zachęcać do kupowania brytyjskich technologii. W Bangalurze Cameron przyznał wprost, że jego dyplomacja nie jest już dyplomacją handlową, tylko "dyplomacją miejsc pracy". Bo dla wychodzącego z recesji kraju każdy nowy kontrakt da się przeliczyć na nowe miejsca pracy, a ludzi bez niej jest na Wyspach ponad dwa miliony.
Ktoś powie: "Komorowski nie Cameron, a Polska nie Wielka Brytania - nie mieliśmy kolonii ani stref wpływów, nie mamy więc gdzie rozpychać się łokciami, poza może Ukrainą, Białorusią, które staramy się wkręcić w orbitę Unii Europejskiej". Zgadza się, ale nie do końca. Polski biznes i handel też potrzebują patrona, a akurat tak się składa, że dyplomacją biznesową nikt w naszym kraju tak naprawdę nie zajmuje się z pasją.
Prezydent Komorowski powinien wykorzystać więc tę lukę i formując swoją kancelarię, pomyśleć o ludziach biznesu. Dobrze byłoby, aby wśród jego doradców znalazły się także takie osoby, które potrafią wyjść poza schematyczne myślenie o miejscu Polski na świecie.
Wiadomo, że pozycja naszego kraju w globalnym układzie zależy od miejsca i roli, jaką odgrywamy w Unii Europejskiej. I tę trzeba umacniać. Ale gospodarki nie da się rozkręcić bez wyjścia naprzeciw azjatyckim tygrysom czy południowoamerykańskim mocarstwom, takim jak Brazylia.
W tej dziedzinie jest wiele do zrobienia. Trzeba oczywiście pamiętać, że dyplomacja biznesowa, szczególnie w przypadku Chin, z racji problemu niekiedy łamanych tam praw człowieka, nie jest sprawą łatwą. Jeśli jednak nie przejmiemy w tej kwestii inicjatywy, Chiny w końcu "skolonizują" Polskę zgodnie ze swym planem budowania wpływów w Europie - od Bałkanów po Bałtyk.
Oczywiście jeśli chodzi o prawa człowieka w Chinach, Polska powinna ściśle współpracować z UE i innymi organizacjami międzynarodowymi. Problem w tym, że kraje Unii, rywalizując o chiński rynek, nie zawsze prowadzą spójną politykę w tej dziedzinie. Jak powiedział mi kiedyś Nick Witney, b. szef Europejskiej Agencji Obrony, dziś ekspert z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych, unijne stolice nie mają wspólnej polityki w sprawie tego, czy spotkać się i na jakiej zasadzie z sekowanym przez Pekin duchowym przywódcom Tybetańczyków Dalajlamą. Kiedy przywódca jednego kraju UE spotka się z nim, rząd drugiego, konkurującego o rynek zbytu w Państwie Środka, już zaciera ręce, bo może skorzystać na chińskim bojkocie pierwszego.
Polski rząd wie, że kontakty z Chinami są bardzo ważne dla polskiej gospodarki. Świadczy o tym wizyta premiera Tuska w Chinach. Tusk próbował też prowadzić "dyplomację gazową" w Kuwejcie czy Katarze. Ale to za mało. Włączenie w ten nurt polityki zagranicznej Komorowskiego byłoby rozwiązaniem pragmatycznym z punktu widzenia polskiej sceny politycznej. Wspierany przez MSZ nowy prezydent mógłby "błyszczeć" na konkretnym odcinku polityki zagranicznej, nie wchodząc w drogę ani Tuskowi, ani szefowi dyplomacji Radosławowi Sikorskiemu.
Do zrobienia jest sporo, bo, niestety, kolejne polskie rządy zaniedbały Azję Południowo-Wschodnią, w której kiedyś Polska miała spore wpływy i kontakty. Najlepszym przykładem jest Wietnam wspierany ćwierć wieku temu przez PRL w ramach bratniej pomocy. W kraju tym, który dziś rozwija się gospodarczo w imponującym tempie, wiele ważnych stanowisk nadal zajmowanych jest przez ludzi, którzy kończyli polskie uczelnie albo w ramach umacniania socjalizmu szkolili się w PRL. Ten kapitał kontaktów nigdy nie został wykorzystany. Inny z przykładów to Indonezja, niegdyś istotny rynek zbytu dla polskiego przemysłu maszynowego czy zbrojeniowego.
Mówiąc kolokwialnie, kraje Azji takie jak Chiny, Malezja, Indonezja czy Wietnam są łase na ceremonialne gesty, wizyty. Słowem - należy je nieustannie dopieszczać. A tę metodę wzmacniania wpływów zaniedbaliśmy. Ostatnim premierem Polski, który odwiedził Wietnam, był Marek Belka w 2005 roku, a prezydentem - Aleksander Kwaśniewski dziewięć lat temu.
Objęcie urzędu przez nowego prezydenta jest szansą na "nowe otwarcie" w kontaktach z tą częścią świata. A trzeba pamiętać, że w opinii ekspertów i ekonomistów Azja staje się coraz ważniejsza. Nie chodzi więc spychanie prezydenta Komorowskiego na margines, tylko o zagospodarowanie przez niego najważniejszego być może z punktu rozwoju świata regionu.
Wszystko to wymaga odwagi, pomysłów i dalekowzroczności. Oczywiście nowy prezydent nie może zaniedbać Europy, Trójkąta Weimarskiego czy Grupy Wyszehradzkiej. To wszystko są priorytety oczywiste, podobnie jak tradycyjny dylemat, gdzie ma się odbyć pierwsza zagraniczna wizyta nowej głowy państwa, interpretowana później przez dyplomacje innych krajów jako wyraz zaangażowania i priorytetów.
Oczywistą sprawą jest, że dla Polski priorytetowe są Bruksela, Paryż, Berlin, stolice państw Wyszehradu, Wilno, Kijów, Mińsk - z racji problemów z polską mniejszością - czy Kaukaz, który upodobał sobie poprzedni prezydent. Gdybym był doradcą nowego, podpowiedziałbym mu, aby jak najszybciej wybrał się do Zagrzebia (podkreślając wagę Bałkanów i choćby dlatego że Chorwacja podpisze traktat akcesyjny najpewniej za przewodnictwa Polski w UE) i Belgradu (pomoc Serbii w jej wejściu do UE zwróciłaby się potem w dwójnasób).
Dyplomacja gospodarcza jest intratnym biznesem. W USA od wielu lat wielkie korporacje zatrudniają b. ambasadorów i nierzadko b. szefów dyplomacji Stanów Zjednoczonych, by pomagali w zawieraniu kontraktów w krajach, którymi się interesują. W Europie z powodzeniem robi to np. rosyjski Gazprom, który zatrudnił m.in. b. kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera.
Nie oczekuję od prezydenta, by stał się rzecznikiem jakiejś polskiej firmy czy branży - byłoby to poniżej urzędu głowy państwa. Raczej, by jako prezydent jeżdżąc po świecie, promował Polskę jako dobre miejsce do robienia interesów.
Robią to z powodzeniem największe europejskie mocarstwa, angażując nie tylko premierów czy prezydentów, ale także sportowców i celebrytów. Najlepszym przykładem z ostatnich dni jest zeszłotygodniowa wizyta Davida Camerona w Indiach. Premier Wielkiej Brytanii wraz z 68 osobową delegacją ministrów, szefów firm i znanych sportowców pojechał do dawnej perły w brytyjskiej koronie, by niemalże na kolanach zabiegać o kontrakty dla brytyjskich firm i zachęcać do kupowania brytyjskich technologii. W Bangalurze Cameron przyznał wprost, że jego dyplomacja nie jest już dyplomacją handlową, tylko "dyplomacją miejsc pracy". Bo dla wychodzącego z recesji kraju każdy nowy kontrakt da się przeliczyć na nowe miejsca pracy, a ludzi bez niej jest na Wyspach ponad dwa miliony.
Ktoś powie: "Komorowski nie Cameron, a Polska nie Wielka Brytania - nie mieliśmy kolonii ani stref wpływów, nie mamy więc gdzie rozpychać się łokciami, poza może Ukrainą, Białorusią, które staramy się wkręcić w orbitę Unii Europejskiej". Zgadza się, ale nie do końca. Polski biznes i handel też potrzebują patrona, a akurat tak się składa, że dyplomacją biznesową nikt w naszym kraju tak naprawdę nie zajmuje się z pasją.
Prezydent Komorowski powinien wykorzystać więc tę lukę i formując swoją kancelarię, pomyśleć o ludziach biznesu. Dobrze byłoby, aby wśród jego doradców znalazły się także takie osoby, które potrafią wyjść poza schematyczne myślenie o miejscu Polski na świecie.
Wiadomo, że pozycja naszego kraju w globalnym układzie zależy od miejsca i roli, jaką odgrywamy w Unii Europejskiej. I tę trzeba umacniać. Ale gospodarki nie da się rozkręcić bez wyjścia naprzeciw azjatyckim tygrysom czy południowoamerykańskim mocarstwom, takim jak Brazylia.
W tej dziedzinie jest wiele do zrobienia. Trzeba oczywiście pamiętać, że dyplomacja biznesowa, szczególnie w przypadku Chin, z racji problemu niekiedy łamanych tam praw człowieka, nie jest sprawą łatwą. Jeśli jednak nie przejmiemy w tej kwestii inicjatywy, Chiny w końcu "skolonizują" Polskę zgodnie ze swym planem budowania wpływów w Europie - od Bałkanów po Bałtyk.
Oczywiście jeśli chodzi o prawa człowieka w Chinach, Polska powinna ściśle współpracować z UE i innymi organizacjami międzynarodowymi. Problem w tym, że kraje Unii, rywalizując o chiński rynek, nie zawsze prowadzą spójną politykę w tej dziedzinie. Jak powiedział mi kiedyś Nick Witney, b. szef Europejskiej Agencji Obrony, dziś ekspert z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych, unijne stolice nie mają wspólnej polityki w sprawie tego, czy spotkać się i na jakiej zasadzie z sekowanym przez Pekin duchowym przywódcom Tybetańczyków Dalajlamą. Kiedy przywódca jednego kraju UE spotka się z nim, rząd drugiego, konkurującego o rynek zbytu w Państwie Środka, już zaciera ręce, bo może skorzystać na chińskim bojkocie pierwszego.
Polski rząd wie, że kontakty z Chinami są bardzo ważne dla polskiej gospodarki. Świadczy o tym wizyta premiera Tuska w Chinach. Tusk próbował też prowadzić "dyplomację gazową" w Kuwejcie czy Katarze. Ale to za mało. Włączenie w ten nurt polityki zagranicznej Komorowskiego byłoby rozwiązaniem pragmatycznym z punktu widzenia polskiej sceny politycznej. Wspierany przez MSZ nowy prezydent mógłby "błyszczeć" na konkretnym odcinku polityki zagranicznej, nie wchodząc w drogę ani Tuskowi, ani szefowi dyplomacji Radosławowi Sikorskiemu.
Do zrobienia jest sporo, bo, niestety, kolejne polskie rządy zaniedbały Azję Południowo-Wschodnią, w której kiedyś Polska miała spore wpływy i kontakty. Najlepszym przykładem jest Wietnam wspierany ćwierć wieku temu przez PRL w ramach bratniej pomocy. W kraju tym, który dziś rozwija się gospodarczo w imponującym tempie, wiele ważnych stanowisk nadal zajmowanych jest przez ludzi, którzy kończyli polskie uczelnie albo w ramach umacniania socjalizmu szkolili się w PRL. Ten kapitał kontaktów nigdy nie został wykorzystany. Inny z przykładów to Indonezja, niegdyś istotny rynek zbytu dla polskiego przemysłu maszynowego czy zbrojeniowego.
Mówiąc kolokwialnie, kraje Azji takie jak Chiny, Malezja, Indonezja czy Wietnam są łase na ceremonialne gesty, wizyty. Słowem - należy je nieustannie dopieszczać. A tę metodę wzmacniania wpływów zaniedbaliśmy. Ostatnim premierem Polski, który odwiedził Wietnam, był Marek Belka w 2005 roku, a prezydentem - Aleksander Kwaśniewski dziewięć lat temu.
Objęcie urzędu przez nowego prezydenta jest szansą na "nowe otwarcie" w kontaktach z tą częścią świata. A trzeba pamiętać, że w opinii ekspertów i ekonomistów Azja staje się coraz ważniejsza. Nie chodzi więc spychanie prezydenta Komorowskiego na margines, tylko o zagospodarowanie przez niego najważniejszego być może z punktu rozwoju świata regionu.
Wszystko to wymaga odwagi, pomysłów i dalekowzroczności. Oczywiście nowy prezydent nie może zaniedbać Europy, Trójkąta Weimarskiego czy Grupy Wyszehradzkiej. To wszystko są priorytety oczywiste, podobnie jak tradycyjny dylemat, gdzie ma się odbyć pierwsza zagraniczna wizyta nowej głowy państwa, interpretowana później przez dyplomacje innych krajów jako wyraz zaangażowania i priorytetów.
Oczywistą sprawą jest, że dla Polski priorytetowe są Bruksela, Paryż, Berlin, stolice państw Wyszehradu, Wilno, Kijów, Mińsk - z racji problemów z polską mniejszością - czy Kaukaz, który upodobał sobie poprzedni prezydent. Gdybym był doradcą nowego, podpowiedziałbym mu, aby jak najszybciej wybrał się do Zagrzebia (podkreślając wagę Bałkanów i choćby dlatego że Chorwacja podpisze traktat akcesyjny najpewniej za przewodnictwa Polski w UE) i Belgradu (pomoc Serbii w jej wejściu do UE zwróciłaby się potem w dwójnasób).
Dyplomacja gospodarcza jest intratnym biznesem. W USA od wielu lat wielkie korporacje zatrudniają b. ambasadorów i nierzadko b. szefów dyplomacji Stanów Zjednoczonych, by pomagali w zawieraniu kontraktów w krajach, którymi się interesują. W Europie z powodzeniem robi to np. rosyjski Gazprom, który zatrudnił m.in. b. kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera.
Nie oczekuję od prezydenta, by stał się rzecznikiem jakiejś polskiej firmy czy branży - byłoby to poniżej urzędu głowy państwa. Raczej, by jako prezydent jeżdżąc po świecie, promował Polskę jako dobre miejsce do robienia interesów.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX













