Stojący na czele centroprawicowego gabinetu premier Fredrik Reinfeldt obiecał zniesienie prawa, które wymuszało sterylizację transseksualistów. - To ciemny rozdział w historii Szwecji - wyjaśnił podczas telewizyjnej debaty o prawach mniejszości seksualnych, która odbyła się w miniony piątek z okazji wielkiego festiwalu homoseksualistów - Stockholm Pride.
Wcześniej liberalizację kontrowersyjnego prawa z 1972 roku zaproponowała główna rządowa agencja ds. zdrowia. To w jej rękach przez 38 lat leżał los tych Szwedów, którzy nie byli w stanie zaakceptować swej płci. Od ekspertów agencji zależała bowiem zgoda na operację zmiany płci w jednym z sześciu dopuszczonych do tego typu zabiegów zespołów chirurgicznych. Ewentualną zgodę poprzedzała nierzadko krępująca roczna obserwacja psychologiczna kandydatów na zmianę płci.
Ustawa z 1972 roku ściśle określała wymogi, jakie musiała spełnić osoba chcąca zmienić płeć: poza obowiązkową sterylizacją (której dokonywano przy okazji zmiany płci) konieczne było ukończenie 18. roku życia, nie można też było pozostawać w związku małżeńskim. Oznaczało to, że osoby żonate bądź zamężne, które zdecydowały się na zmianę płci, zmuszone były się rozwieść. Zdaniem organizacji broniących praw człowieka była to jawna dyskryminacja.
- Podniesienie tego problemu w samym środku kampanii wyborczej (we wrześniu w Szwecji są wybory) to bardzo umiejętna zagrywka organizacji broniących praw transseksualistów - mówi "Gazecie" Maciej Zaremba, publicysta szwedzkiego dziennika "Dagens Nyheter". - Nagle okazało się, że wszystkie partie są za, choć wcześniej żadna nie zauważała problemu - dodaje.
Nawet konserwatywna w sprawach obyczajowych chadecja nie odważyła się teraz bronić prawa z 1972 roku.
Sprawa sterylizacji w Szwecji wraca po raz kolejny. W 1997 roku dzięki publikacjom Zaremby w "Dagens Nyheter" Szwedzi dowiedzieli się o prowadzonym od lat 30. do lat 50. XX wieku rządowym programie sterylizacji - głównie osób z upośledzeniami, ale także ze względów rasowych i społecznych. Dopiero emigrant z Polski przełamał jedno z bolesnych szwedzkich tabu. Powołana specjalnie do zbadania problemu rządowa komisja orzekła 10 lat temu, że w wyniku prawa z lat 30. przeforsowanego głosami socjaldemokratów (które formalnie obowiązywało jeszcze do lat 70.) przymusowej sterylizacji poddano w Szwecji 21 tys. osób, dobrowolnej - 6 tys., a w przypadku 4 tys. pozostałych przypadków nie udało się określić, czy osoby jej poddane wyraziły na to zgodę.
Oświadczenie premiera Reinfeldta nie kończy debaty o prawach szwedzkich transseksualistów. Reprezentowane w parlamencie lewicowe ugrupowania Partia Lewicy i Partia Zielonych domagają się, by przy okazji nowelizacji ustawy z 1972 roku obniżyć wiek, po osiągnięciu którego można zmienić płeć. Choć obecnie wynosi on 18 lat, politycy lewicy uważają, że zmiany psychiczne prowadzące do zmiany płci zaczynają się dużo wcześniej i osoby nieletnie powinny móc odpowiednio wcześniej decydować o swojej tożsamości.
Potwierdza to Per-Anders Rydelius, szef katedry zdrowia dziecka w Instytucie Karolinska, znanej medycznej uczelni w Solnej pod Sztokholmem. Rydelius, który kieruje też Szwedzkim Stowarzyszeniem Zdrowia Psychicznego, zaproponował, by młodym osobom, które podejrzewają u siebie transseksualizm, dać tymczasowe dowody tożsamości pozwalające tymczasowo ukryć ich płeć, aż do momentu ewentualnej decyzji o operacji.
Źródło: Gazeta Wyborcza