Agnieszka Kublik: Katarzyna Piekarska, wiceszefowa SLD, mówi o Grzegorzu Napieralskim "pełnokrwisty polityk lewicy", który dołączył do "ekstraklasy". Prof. Tomasz Nałęcz: To komplement na wyrost, a nie ocena rzeczywistości. Napieralski ma dopiero szanse, by zasłużyć na te określenia. To prawda, osiągnął dobry wynik w wyborach prezydenckich.
Ma szansę stać się poważnym politykiem? - To niełatwe. Bo żeby został prawdziwym liderem lewicy, musi zmienić postępowanie. Zbudował pozycję na ciasnym partyjnym egoizmie. Mam na myśli zachowania w kampanii prezydenckiej. Bo przed człowiekiem lewicy w tej kampanii stały dwie drogi - myśleć o ogólnym interesie kraju albo o egoistycznym interesie własnej partii.
Ten dylemat przed polską lewicą stoi od stu kilkudziesięciu lat. Są dwie drogi postępowania - jedna reprezentowana przez polski socjalizm, który zawsze postrzegał swój interes w szerszym kontekście interesu państwa, i druga komunistyczna, postrzegająca interesy w wąskim kontekście grupowych celów.
Socjalizm walkę o kwestie społeczne wpisywał w cele narodowe, uważając, że można o sprawiedliwość społeczną walczyć tylko w wolnej, demokratycznej, niepodległej Polsce. Komuniści uważali, że wolna Polska jest niepotrzebna, a liczy się doraźny interes socjalny.
Odwołuję się do tego historycznego wstępu, bo tak postrzegam dylemat człowieka lewicy w ostatnich wyborach prezydenckich. Decydowały się w nich rzeczy niesłychanie ważne: przyszłość polskiej demokracji. Bo wyobraźmy sobie, że
Jarosław Kaczyński udający liberała, demokratę, człowieka oświeconego, gruntownie przeobrażonego tragedią smoleńską wygrał wybory. Polska byłaby rozdzierana śmiertelną wojną między rządem a prezydentem.
A prezydent Kaczyński dążyłby do obalenia gabinetu Donalda Tuska. - Robiłby to, co robi dziś, czyli mówiłby, że mamy rząd złożony z ludzi odpowiedzialnych za "zbrodnię" pod Smoleńskiem. Mielibyśmy dwie Polski - Kaczyńskiego i
PiS, autorytarną, nacjonalistyczno-populistyczną, oraz Polskę PO i Tuska, demokratyczną, wolnościową, liberalną. Byłaby to sytuacja z pogranicza wojny domowej.
Napieralski błędnie zdiagnozował tę sytuację i dlatego nie poparł przed II turą Komorowskiego? - Wielu ludzi na lewicy, przede wszystkim Włodzimierz Cimoszewicz, tak postrzegało sytuację. Odłożyli na bok partyjne interesy SLD, uważając, że to głosy ludzi lewicy rozstrzygną losy tej wojny. Zdając sobie sprawę z dramatyzmu tego konfliktu, poparli Komorowskiego, świetnie wiedząc, że nie jest człowiekiem lewicy. A Napieralski wybrał wąski interes partyjny. Nic go nie obchodził ten konflikt, wykorzystał go do budowy pozycji swego środowiska.
Z punktu widzenia lewicy to źle? - Źle, bo lewicy nie powinno być obojętne, czy będzie funkcjonować w Polsce demokratycznej, której chce też PO, czy w państwie autorytarnym budowanym przez PiS. Dość przypomnieć, czym się skończyła dla niemieckich komunistów strategia równego dystansu do narodowych socjalistów i socjaldemokratów.
Dlatego karygodna była taktyka Napieralskiego niedostrzegania różnic między kandydatami PiS i PO. To prowadziło do absurdów, kłamstw nawet - jak to, że Komorowski jest winny IV RP tak samo jak Kaczyński. Trzeba dużego cynizmu politycznego, żeby udawać, że Kaczyński i Komorowski to to samo. Przecież PO w 2005 r. nie poszła na koalicję z PiS, bo zrozumiała istotę zagrożenia budowy IV RP razem z PiS. PO starczyło politycznej wyobraźni, by w ten projekt nie wejść.
Dystans do obu partii wcale nie jest taki sam, Napieralski jest w medialnej koalicji z PiS. - No właśnie, dlatego tak naprawdę niepoparcie Komorowskiego to był cichy sojusz z Kaczyńskim.
Co więcej, strategia cichego sojuszu z PiS jest realizowana dziś. Napieralski w wywiadzie dla "Gazety" pytany, jak
TVP traktowała kandydatów, mówi, że Komorowski był pokazywany najczęściej. Udaje głupiego, bo głupi nie jest. Komorowski był pokazywany najczęściej, ale w złym świetle! To tak, jakby ktoś pytany jak traktuje żonę, powiedział, że często się z nią spotyka, a w rzeczywistości ją kopie i katuje.
Napieralski po cichu wspierał PiS, bo jest zafascynowany Kaczyńskim? - Napieralski kreuje się na silnego polityka. Stąd jego fascynacja silnymi osobowościami Włodzimierza Czarzastego i Roberta Kwiatkowskiego, bez zważania na ich hipotekę, ogromnie zabagnioną aferą Rywina.
Widać też zafascynowanie Napieralskiego Leszkiem Millerem. Szefa SLD urzekają silne osobowości, bo sam taki nie jest.