Premier ma rację, że Polska nie może się bez końca zadłużać, a potrzebujemy pieniędzy na wkład własny do projektów współfinansowanych przez Unię Europejską. Nie powiedział jednak, że można te pieniądze - także na unijne projekty - wygospodarować inaczej. Cięcie przywilejów emerytalnych czy wydłużanie wieku emerytalnego nie przyniesie od razu kokosów, ale gdyby rząd zaczął je ograniczać wcześniej, może dzisiaj nie podnosiłby VAT.
Za to reforma
KRUS mogłaby przynieść dodatkowe dochody znacznie szybciej - i to rzędu 2,5-3 mld zł. I nie chodzi tu wcale o to, by zmusić do płacenia wyższych składek biednych rolników, wtrącając ich w nędzę. Chodzi o to, by bogaci rolnicy solidarnie - tak jak inne grupy zawodowe - ponosili ciężary adekwatne do swoich dochodów. Zaczęli płacić podatek dochodowy, składkę na zdrowie (dziś płaci ją za nich państwo) czy wyższe składki emerytalne. Problem w tym, że te zmiany blokuje koalicyjny
PSL, walczący z niskimi sondażami.
Premier, tłumacząc, dlaczego liberalny rząd, podnosi podatki użył kilku demagogicznych argumentów. Ponoć zwiększenie VAT nie jest "szukaniem pieniędzy w kieszeniach ludzi". A przecież wyższy VAT zapłacą wszyscy, bo każdy coś kupuje. Także najbiedniejsi, którym przyjdzie płacić więcej np. za gaz i prąd.
Według premiera podwyżka VAT jest także po to, by renciści i emeryci dostali swoje podwyżki. Tusk powiedział: "Odrzuciliśmy podpowiedzi, by znieść waloryzację rent i emerytur". Jednak takich podpowiedzi nie ma, ekonomiści i publicyści mówią o znoszeniu przywilejów emerytalnych.
Premier uważa, że Polska jest w znacznie lepszej sytuacji niż
Grecja czy
Węgry, dlatego wystarczy podnieść nieco VAT - i zrobione. Budżet się jakoś domknie, dług Polski będzie rósł nadal, choć może nieco wolniej.
Ta nasza lepsza sytuacja powoli staje się pułapką. Grecy i Węgrzy, a z nimi większość Europy, rozdęli wydatki i w kryzysie popadli w tarapaty. Teraz te kraje mają nóż na gardle. Nie mając wyjścia, wzięły się za poważne reformy. To ich polisa ubezpieczeniowa na przyszłość.
Polska jest "zieloną wyspą", w najostrzejszym kryzysie (w 2009 r.) mieliśmy 1,7 proc. wzrostu. I to rząd najwyraźniej usypia.
Brak reform srodze się na nas zemści. Byliśmy "wyspą", bo dostajemy miliardy z Unii, a przecież kiedyś to źródło wyschnie. Przyjdzie kolejny kryzys i z rozdętymi wydatkami będziemy bezbronni jak dzieci.
Rząd jest mistrzem różnych planów i pakietów. Był antykryzysowy, "Polska 2030", plan "rozwoju i konsolidacji". Teraz mamy wieloletni plan finansowania państwa. Rząd je produkuje, a potem zawiesza na kołku.
Plan zwiększenia dochodów już mamy, teraz pora na rozsądne reformy. Rozłożone w czasie, bo nie trzeba nam rewolucji, ale konieczne.