Adam Leszczyński: Chciałem porozmawiać o patriotyzmie z kimś, kto dobrze wie, co to jest. Anna Jakubowska: Nie wiem, czy się na nim znam. Ale uprzedzam: nie znoszę cierpiętnictwa.
Ile pani miała lat, kiedy poszła pani walczyć w Powstaniu Warszawskim? - Właśnie skończyłam 17, kiedy się zaczęło. Do konspiracji wstąpiłam, kiedy miałam 14 lat. Byłam łączniczką i sanitariuszką w rozmaitych strukturach, które później się przekształciły w batalion "Zośka".
Czternastolatka idzie walczyć. To była oczywista decyzja? To była w ogóle decyzja? - Starsze siostry moich koleżanek ze szkoły, w której nie działało harcerstwo, wciągnęły nas na początku okupacji do organizacji "Pet", czyli "Przyszłość". To była organizacja, która wówczas miała kształcić charaktery i uzupełniać wiedzę o historii. A wiedziałam, że już koledzy i koleżanki są w konspiracji.
Kierownictwo "Petu" - z którego pochodziło później wielu znanych Zośkowców - zorientowało się bardzo szybko, że młodzieży nie da się utrzymać w karbach tego typu organizacji, bo już się zaczyna Wawer, mały sabotaż. Że trzeba im dać możliwość...
Wyżycia się? - Chciałam użyć tego słowa, chociaż ono trochę źle brzmi... Ale to prawda: chcieliśmy działać, a nie wygłaszać referaty. To się bardzo szybko potem połączyło i przekształciło w Grupy Szturmowe Szarych Szeregów.
Nie powiem panu, czy ta konspiracja była potrzebą serca, czy została narzucona. To była oczywistość. Z perspektywy kilkunastoletniej dziewczyny wyglądało to tak, że był impuls, trzeba coś robić. Nie mogliśmy dopuścić do tego, żeby
Niemcy zabrali nam niepodległość.
Nie przychodziło wam do głowy, że może lepiej zostawić starszym wojnę? - Kompletnie nie. Wprost przeciwnie.
Dojrzewałyśmy w czasie wojny. Jeżeli chłopak nie należał do konspiracji, nie był w ogóle brany przez dziewczyny pod uwagę jako chłopak. Taki był nastrój. Nie można było wybrać innej drogi. Każdy starał się wejść do konspiracji.
Miałam kuzynkę, która zwróciła się do brata, bardzo zaangażowanego w konspirację, o jakiś kontakt. Usłyszała: "Siedź, smarkata, w domu". Wtedy sama znalazła drogę do jakiejś organizacji. Potem okazało się, że to komuniści, i trzeba było ją stamtąd wyciągać.
Co pani robiła? - Najpierw miałyśmy przeszkolenie sanitarne. Teoria w prywatnych mieszkaniach, praktyka w szpitalu Ujazdowskim [dziś Centrum Sztuki Współczesnej]. Potem te kilkunastoletnie dziewczyny miały przekazywać podstawową wiedzę chłopcom. Przychodziłam na zebranie sekcji - to było pięciu-sześciu chłopaków - i miałam mieć wykład. Bardzo się stresowałam, bo się podśmiewali.
Zapamiętali coś? - Niewiele. Naprawdę dobrze jedno - że nie wolno jeść przed akcją. Bo później, jak jest się rannym w brzuch, to trudniej przeżyć.
Chłopcy nie doceniali tego, co robiły dziewczyny. Bo oni byli bohaterami i oni walczyli. Ale ktoś musiał zadbać, żeby mieli wszystko zorganizowane, przygotowane i mogli wykonywać akcje bojowe.
Byłam też łączniczką. To polegało na przekazywaniu meldunków od dowódcy kompanii do plutonu. Czasem trzeba było zanieść paczkę z materiałami wybuchowymi na szkolenie chłopców. Albo broń. Nosiłam czasem broń.