Zanim doszli do władzy, rurytańscy liberałowie wierzyli w to, w co wierzą liberałowie na całym świecie: że trzeba obniżyć podatki i uwolnić gospodarkę z okowów biurokracji, a magia wolnego rynku rozwiąże problem rurytańskiego zacofania i biedy. Kiedy o tym mówili, być może cytowali Adama Smitha - na przykład ów sławny fragment z "Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów", w którym Smith pisze, że społeczeństwa mają naturalną skłonność do bogacenia się, o ile im złe rządy nie przeszkadzają.
Po objęciu rządów rurytańscy liberałowie przekonali się, że Rurytania jest bardziej skomplikowanym krajem, niż im się wydawało. Walka z biurokracją szła opornie i chociaż w rurytańskim parlamencie powołano komisję "Przyjazne państwo", jakoś zawsze okazywało się, że każdy z miliona utrudniających Rurytanom życie przepisów ma obrońców w którymś z dziesiątków urzędów i w praktyce nie sposób go ruszyć.
Jak powiedzieliśmy, Rurytania była krajem zacofanym od wieków. Drogi w Rurytanii zawsze były niedobre albo nie było ich wcale, uniwersytety rurytańskie w XXI wieku przypominały XIX-wieczne uniwersytety niemieckie (na których je wzorowano), a internet na wsi rozwożono wozami drabiniastymi.
Rurytańscy liberałowie stanęli przed przykrym faktem: wolny rynek tego nie załatwi. Może wiedzieli - a może nie - że do podobnej konkluzji dochodziły od przynajmniej dwustu lat prawie wszystkie modernizujące elity w krajach zacofanych. Inteligenci z biednych krajów - takich jak Rurytania - wcześniej czy później zdawali sobie sprawę, że na miejscu nie ma kapitału, nie ma infrastruktury, a często nie ma też klasy przedsiębiorców, którzy mieliby kraj zmodernizować. I zazwyczaj wyciągali wniosek: wehikułem umożliwiającym "skok w nowoczesność" musi być państwo, bo nic innego po prostu nie ma. Niewidzialna ręka wolnego rynku nie wybuduje dróg, uniwersytetów ani wiejskiej infrastruktury (oraz miliona innych rzeczy, które Rurytanie chcieliby mieć), bo: a) nie ma kapitału oraz b) po prostu się to nie opłaca.
W 2004 r. Rurytanię przyjęto do Unii Europejskiej i wydawało się, że przynajmniej odwieczny problem braku kapitału się rozwiąże: ciocia Unia da pieniądze. Niestety, dała tylko część. Resztę Rurytanie musieli wysupłać sami.
I oto nadchodzi dzień 30 lipca 2010 r. Telewizja transmituje konferencję rurytańskiego premiera - który, przypomnijmy, jest liberałem - i który ogłasza podwyżkę podatku VAT. Mówi:
- Chcemy podtrzymać dynamikę wykorzystywania środków europejskich. Czasami pytają nas ludzie i komentatorzy: Chcecie podwyższyć VAT, ale na co mają iść te pieniądze? Chcemy móc nadal w tak rekordowym tempie ściągać fundusze europejskie. To do roku 2013 wymaga bardzo dużego wkładu pieniędzy krajowych. W roku 2011 i 2012 my dużo więcej zaliczkowo musimy zapłacić z naszego budżetu, zanim dostaniemy zwrot tych środków z Brukseli.
Bajki powinny mieć dobre zakończenie, ale ja nie wiem, jak to się skończy. Dotychczasowe próby modernizacyjne w Rurytanii wychodziły tak sobie: Rurytania była bogatsza niż wcześniej, ale zawsze nadal dużo biedniejsza od bogatych kuzynów z Zachodu.
Lubię jednak tę opowieść, bo jest w niej dużo ironii. W Rurytanii nawet liberałowie są etatystami, którzy wierzą w sprawczą moc państwa.
Źródło: Gazeta Wyborcza