17 sierpnia 2009 r., 8.13 rano. Nocna zmiana właśnie skończyła pracę. Niektórzy jeszcze nie zdążyli się przebrać. Nowa zmiana dopiero przejmowała urządzenia.
Słup wody eksplodował z podłogi maszynowni bez ostrzeżenia. Był tak silny, że wysadził ważącą kilkaset ton turbinę wraz agregatem i podniósł ją jak piórko.
Rozpędzona turbina uderzyła w jedną z kolumn podtrzymujących sufit maszynowni, po czym zaczęła latać po hali, niszcząc wszystko po drodze. Maszynownia o wysokości 15 i długości 200 metrów została zalana wodą w kilkadziesiąt sekund. Było w niej wtedy ponad stu pracowników.
Jelena Gulina pracowała przy stanowisku sterowania oddzielonym od hali grubą szybą i znajdującym się pod sufitem, by patrzeć na całą halę. - Woda błyskawicznie doszła i do nas - opowiada. - Nie umiem pływać, ale coś mnie tknęło, że trzeba wyskoczyć z tej klatki.
Przez pierwsze sekundy tylko łykała wodę. Ktoś z kolegów podał jej rękę i wyciągnął na powierzchnię. Złapali się rur pod sufitem, które uratowały im życie.
75 innych pracowników nie miało takiego szczęścia. Elektryk Igor Nowikow konserwował szósty agregat wyłączony na czas remontu. W chwili katastrofy wraz kolegą byli w małym pomieszczeniu 22 metry pod powierzchnią podłogi maszynowni. Ciało Nowikowa wyciągnięto dopiero po czterech dniach, gdy z podziemi maszynowni wypompowano wodę.
- Ojciec nie miał żadnych szans na przeżycie, ale jestem pewna, że gdyby miał do wyboru ratować siebie albo innych, to ratowałby kolegów - mówi jego 14-letnia córka Tatiana. Strażacy, którzy przyjechali po kilkunastu minutach na miejsce katastrofy, wyciągali z Jeniseju tych, którzy zdołali wypłynąć z maszynowni. Niektórzy byli już martwi.
Nie wiadomo dlaczego po katastrofie nie zadziały automatyczne śluzy odcinające wodę do turbin. Wciąż leciała ona z wysokości 124 metrów. Maszynownia przypominała akwarium. Śluzy trzeba było zamykać ręcznie, co zajęło godzinę. Potem woda zaczęła opadać i ci, którzy zdołali się czegoś złapać i znaleźć trochę powietrza, zostali uratowani.
"Pokonamy Jenisej!" - takie wielometrowej wysokości hasło wisiało na okolicznych skałach w czasie budowy Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej. Zaprojektowana przed 1969 r. konstrukcja była eksperymentalna.
Jenisej jest na tym odcinku wielką górską rzeką otoczoną przez wysokie skały. Pomysł na elektrownię polegał na tym, by spiętrzyć wody Jeniseju do wysokości ponad 500 metrów, a potem spuszczać ją gigantycznymi rurami obudowanymi betonem z wysokości 124 metrów.
Spadająca woda miała napędzać dziesięć turbin i agregatów produkujących w sumie 8 megawatów, czyli tyle prądu, ile średniej wielkości elektrownia jądrowa.
- To była jedna ze sztandarowych budów Związku Radzieckiego - mówi Timur Olewski, wiceszef
radia Echo Moskwy, który rok temu był na miejscu katastrofy. - Ściągano tu najlepszych fachowców z kraju. Zbudowano dla nich 9-tys. miasteczko Czeriomuszki. Przyjeżdżali do niego najlepsi artyści, teatry, było specjalne zaopatrzenie, pracownicy elektrowni czuli się elitą.
Wszystko skończyło się wraz z rozpadem ZSRR. Budowała ślimaczyła się. Miasteczko podupadło. Ostatnie elementy elektrowni oddano do użytku dopiero w 2000 r. Na wszystko brakowało pieniędzy. Budowę zapasowego przepływu na wypadek krytycznego podniesienia poziomu wody wznowiono dopiero po zeszłorocznej katastrofie. Ma być gotowy za rok.
Dla pracowników elektrowni i ich rodzin największą tragedią jest śmierć bliskich i przyjaciół. Dla mieszkańców południowej Syberii - strach, że gigantyczna tama na Jeniseju może runąć, zalewając miasta położone w dole rzeki.
- Zaraz po katastrofie pakowaliśmy rzeczy do samochodów i uciekaliśmy w góry. Nie wiadomo było, czy przerwało tamę - mówi chłopak w barze w Czeriomuszkach. Tak samo postępowali mieszkańcy innych miast w dolnym biegu Jeniseju - Sajanogorska i Abakanu.
- Każdy jest tu gotowy do ewakuacji - mówi Michaił Afanasjew, bloger monitorujący stan elektrowni. - Ludzie jeżdżą na wszelki wypadek
samochodami z pełnym bakiem.
- Nie myślał pan, żeby po katastrofie zwolnić się z pracy? - zapytałem Aleksandra Stiepanienkę, dyżurnego inżyniera elektrowni, który pracował w noc przed katastrofą. - Wprost przeciwnie - odpowiedział. - Jeszcze tego samego dnia byłem znów w pracy, by pomagać w usuwaniu skutków tragedii.
Dziś pracują już dwa bloki elektrowni. W ciągu czterech lat ma zacząć działać dziesięć bloków. Odpowiedzialny za bezpieczeństwo elektrowni inż. Wadim Zatiejew zapewnia, że po katastrofie wprowadzono tak nowoczesne systemy bezpieczeństwa, iż powtórka tragedii jest niemożliwa.
Twierdzi także, że mimo zeszłorocznej katastrofy samej tamie nic nie grozi, choć są w niej drobne pęknięcia. Ale mieszkańcy Chakasji są wciąż nieufni. Nie przekonują ich miliony włożone w systemy bezpieczeństwa ani 1,5 mld dol. pomocy socjalnej, którą region dostał po katastrofie od Moskwy i właściciela elektrowni, państwowej firmy RusGidro.
Zbudowano za nie nowe drogi i szkoły. Tworzone są stypendia, by dzieci ofiar mogły studiować w najlepszych uczelniach. Krewni zabitych dostali gigantyczne jak na rosyjskie warunki odszkodowania po 1 mln rubli (100 tys. zł).
- Przyrody nie da się pokonać - wzdychają mieszkańcy. - Najbardziej ludzi wkurza to, że musiało zginąć 75 osób, by znów w Moskwie przypomniano sobie o elektrowni na Jeniseju - mówi Timur Olewski.