Konflikt o las trwa od lat i były już w nim krwawe epizody. Dwa lata temu nieznani do dziś sprawcy skatowali Michaiła Bekietowa, redaktora naczelnego lokalnej gazety "Chimkińska Prawda". Pisał on, że lasu leżącego w strefie ochronnej wcale nie trzeba wycinać pod budowę trasy. Są marszruty i krótsze, i tańsze.
Na tym, by puścić szosę przez las, zależy tylko przedstawicielom miejscowych władz, które spodziewają się zarobić krocie na sprzedaży przydrożnych działek pod supermarkety, hotele i knajpy - twierdził Bekietow.
Dziennikarz cudem przeżył napad. Dziś pozbawiony nogi, na pół sparaliżowany, głuchy i niemy egzystuje czekając, aż przyjaciele zbiorą pieniądze niezbędne na wysłanie go na kurację do Niemiec. Być może tam uda mi się odzyskać choć mowę.
Ludzie z Chimek prowadzeni przez nową naczelną, młodą i pełną energii Eugenię Czirikową, dalej bronią swego lasu. Kiedy w ubiegłym tygodniu weszli tam drwale, przegnali ich i założyli leśny obóz, by stale pilnować terenu.
W piątek napadła na nich banda zamaskowanych i uzbrojonych w bejsbolowe kije kibiców futbolowych. Kiedy kibole pobili i przegnali obrońców lasu, ekipy firmy Tiepłotechnika zabrały się za wycinkę drzew i szybko oczyściły z nich pas niezbędny do budowy trasy.
Ekolodzy z Chimek próbują teraz nie dopuścić do wycięcia reszty lasu.
W środę wieczorem z nieoczekiwaną odsieczą przyszła obrońcom lasu grupa stu młodych ludzi nazywanych przez media "anarchistami" czy "antyfaszystami". Zebrali się w centrum Moskwy, niektórzy mieli ze sobą kije bejsbolowe, siekiery, petardy i pistolety na kule gumowe. Przemaszerowali przez Moskwę, wsiedli do podmiejskiej kolejki i przez nikogo nie niepokojeni pojechali do Chimek.
To obrzucili petardami budynek miejscowej administracji, strzelając z pistoletów wybili kilka okien. Na ścianie wypisali "Uratujemy las rosyjski". A potem znów przez nikogo nie niepokojeni wsiedli do pociągu i wrócili do Moskwy, gdzie też nie czekała na nich żadna milicja. Nikt nie został aresztowany.
Pogrom budynku administracji zdaniem obrońców lasu to prowokacja. Duża grupa uzbrojonych bojówkarzy nie przejdzie po Moskwie nawet 50 metrów niezauważona przez milicję. A jeśli wsiądzie do pociągu, to na pierwszej stacji na peronie będzie na nią czekać gotowy do bicia OMON.
Tymczasem bojówkarze uszli bezkarnie, a milicja pojechała do lasu, by aresztować dyżurujących tam ekologów, którzy z pogromem nie mieli nic wspólnego. I to aresztowani obrońcy lasu mają teraz odpowiedzieć przed sądem za naruszenie porządku publicznego.
Źródło: Gazeta Wyborcza