"Ujawnij swoją przynależność do firmy. Masz wątpliwości - nie pisz. Pamiętaj, że twoje lokalne wpisy mają globalne znaczenie. Musisz wiedzieć, że internet jest na zawsze" - to niektóre z zasad korzystania z serwisów społecznościowych, które obowiązują pracowników Coca-Coli, także w Polsce. IBM już w 2005 r. zalecił: pisz pod nazwiskiem, w pierwszej osobie i zawsze zaznaczaj, że we własnym imieniu, a nie firmy. Podobne reguły mają
Microsoft czy firma kurierska UPS.
Na zachodnich korporacjach - jako jedna z pierwszych w Polsce - wzoruje się wrocławska agencja PR Publicon. "Żadnych quizów, aplikacji, komentowania niezwiązanego z pracą. W pracy pracujemy - czytamy w regulaminie, który od tygodnia obowiązuje w Publiconie. - Po pracy dozwolone jest zamieszczanie treści niezwiązanych z pracą i branżą. Dbając o nasz dobry image (żadnych przekleństw, wymiotowania na imprezach itd.), dbamy o image firmy".
Z Facebooka pracownik korzystać może, byle ostrożnie. Klient agencji nie ma czytać o wakacyjnych planach czy kolczykach z Buką (postać z "Muminków"). W Naszej-klasie w ogóle nie należy mieć konta, wolno jedynie zachwalać produkty na profilu klienta. A komunikator Gadu-Gadu - tylko do rozmów wewnątrz firmy.
Zamordyzm? Szef Publiconu Szymon Sikorski woli inne określenie: "BHP XXI wieku": - Nasi ludzie pracują dla klientów, podpisując się nazwiskami, których używają w pracy. Jeśli pracujemy dla kampanii na rzecz trzeźwości, nie możemy upijać się wieczorami.
Za naruszenie regulaminu nie grozi utrata premii ani zwolnienie. - To byłaby dopiero ingerencja w prywatność. My określamy jedynie dobre praktyki - zapewnia Sikorski.
Czy firma może ukarać pracownika za to, co robi na Facebooku czy w Naszej-klasie? Przekonał się o tym pracownik Banku Spółdzielczego w Suszu. Obok zdjęcia za biurkiem w pracy miał w Naszej-klasie i takie, na których pił alkohol na imprezie. Ktoś się oburzył i wysłał list do banku. A bank pracownika zwolnił.
Zgodnie z kodeksem pracy pracownik ma obowiązek "dbać o dobro zakładu pracy". - To dobro może być rozumiane jako renoma firmy - tłumaczy Joanna Dudek, prawnik firmy doradczej Deloitte. I można tu podciągnąć zachowanie pracownika w sieci, nawet po godzinach. W razie sporu - rozstrzyga sąd.
Z zeszłorocznych badań Deloitte wynika, że prawie trzy czwarte Amerykanów wierzy, iż reputację firmy łatwo zniszczyć w serwisach takich jak Facebook czy Twitter. Ale aż 53 proc. twierdzi, że szefa nie powinno obchodzić, co tam wypisują.
Część polskich firm i urzędów po prostu blokuje serwisy społecznościowe. W kwietniu
TVP zamknęła pracownikom dostęp do YouTube'a, Facebooka i Naszej-klasy. Jeden z łódzkich urzędów odbiera premię, jeśli pracownik zbyt wiele czasu spędza na stronach niezwiązanych z pracą.
Nie chodzi tylko o dobre imię. Buszowanie w czasie pracy na Facebooku, Gadu-Gadu, GoldenLine czy w Naszej-klasie obniża wydajność. W Danii sam Facebook kosztuje przedsiębiorców 2 mld dol. rocznie, w Australii - 5 mld dol. Gospodarka brytyjska - jak szacuje firma Peninsula - traci na rozrywkach społecznościowych pracowników aż 52 mld dol. rocznie.
Zdaniem prof. Kazimierza Krzysztofka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie narzucane przez firmy restrykcje zacierają granice między życiem prywatnym a służbowym.
- Jest się pracownikiem przez okrągłą dobę. Starszym to przeszkadza. Młodsi trenują od małego, więc nie dziwi ich, że firma mówi, jak mają się zachowywać poza godzinami pracy - mówi prof. Krzysztofek. - To druga faza poprawności politycznej. Pierwsza wprowadziła zasady językowe na uczelniach w
USA eliminujące określenia mogące urazić mniejszości seksualne czy narodowe.