W 2006 r. wszystkie pięć miejsc rozdzieliła między siebie ówczesna koalicja - ludzie Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha. Jak wyszło - wiadomo. Media publiczne nigdy wcześniej nie były tak wprzęgnięte w propagandę.
KRRiT, teoretycznie powołana do ich kontroli, nie próbowała ratować mediów przed partyjnymi prezesami i dziennikarzami. Udawała, że nic nie widzi, kryjąc
PiS-owskich prezesów radia i telewizji. W najlepszym razie, kiedy nie dało się przechyłu w prawo ignorować, usprawiedliwiała to tym, że wcześniej był przechył w lewo.
Opozycja mogła piętnować te praktyki tylko na konferencjach prasowych. KRRiT była na te uwagi głucha.
Gdyby opozycja miała choć jednego przedstawiciela w Krajowej Radzie, mógłby on monitorować to, co się dzieje w konkretnych programach, żądać od prezesów wyjaśnień w sprawie spornych decyzji. Słowem, mógłby wypełniać swoje ustawowe obowiązki kontrolne.
Ta opozycja, której nie wpuszczono do starej KRRiT, to
Platforma Obywatelska. A dziś PO nie chce wpuścić do Krajowej Rady przedstawiciela największego klubu opozycji, czyli PiS.
Posłowie PO tłumaczą, że nie odpowiadają im kandydatury PiS -
Jarosław Sellin i Maciej Iłowiecki. Rozumiem, w końcu Sellin był współautorem PiS-owskiego skoku na media w 2006 r. Ale żadna partia nie ma prawa wskazywać innej, kogo może rekomendować do KRRiT, a kogo nie. Platformie nic do tego, kogo PiS do niej wysyła. Jeśli PiS-owski członek się skompromituje, pójdzie to na konto partii Kaczyńskiego, a nie Tuska.