http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Fiat, nasze życie

Tomasz Głogowski
2010-07-29, ostatnia aktualizacja 2010-07-28 20:47

Złodzieje okradają samochody z fabryki Fiata przewożone pociągami
Złodzieje okradają samochody z fabryki Fiata przewożone pociągami

Robotnicy z włoskiej fabryki Fiata w Pomigliano d'Arco, dokąd przeniesiono produkcję pandy, nie chcą pracować na trzy zmiany. - Może to wy, Polacy, macie nie po kolei w głowie? Po co tak harujecie? - pytają. Polacy z Tychów odpowiadają: - Bez pracy w Fiacie nie wyobrażamy już sobie życia

SONDAŻ
Jaki etos pracy mają Twoim zdaniem Polacy?

Wysoki. Jesteśmy bardzo pracowitym narodem
Średni. Są bardziej pracowici
Niski. Jesteśmy leniwi jako naród
Nie interesuje mnie to

Franciszek Gierot, szef Sierpnia '80, jednego z trzech największych związków działających w tyskim Fiacie, najbardziej boi się powtórki z 2001 roku, gdy koncern z powodu drastycznego spadku sprzedaży samochodów chciał zwolnić 630 osób. Zarząd zgodził się powołać komisję, do której włączono związkowców z trzech największych central. Musieli wspólnie decydować, kogo zwolnić.

- Już nigdy nie chciałbym tego przeżywać. Dowiedziałem się wtedy o ludziach wiele osobistych rzeczy, o których wolałbym nie wiedzieć. Przychodziły kobiety i mówiły, że mąż pije. Ukrywają to od lat, dla dobra dzieci. A teraz muszą powiedzieć, bo jak stracą pracę, to koniec. Koszmarne historie - mówi Gierot i zapewnia, że bronili wszystkich, ale nie zawsze się udawało.

Czy będzie tak tym razem? Atmosfera w zakładzie jest nerwowa. Ludzie chodzą zgaszeni, bo nowy Fiat Panda, zamiast w Tychach, będzie produkowany w Pomigliano d'Arco pod Neapolem.

Co to oznacza dla Tychów? Panda była sztandarowym produktem fabryki. - Okazało się, że w tym biznesie nic nie jest na stałe. Nawet doskonała jakość, niskie koszty produkcji i świetni fachowcy, jakich mamy, nie gwarantują nam bezpiecznego poziomu produkcji. Powiem szczerze, że decyzja Włochów bardzo nas zaskoczyła - mówi Franciszek Gierot.

Za pracą do Tychów

Robert Kołodziejski, 36 lat, przepracował w Fiacie pół życia: - Boimy się, że po Pandzie zaczną się zwolnienia. A ta praca jest dla mojej rodziny bardzo ważna. Bez niej nie wyobrażam sobie życia.

33-letnia żona Kołodziejskiego Anna też pracuje w fabryce. On niedawno awansował na stanowisko lidera, nadzoruje 12 osób na taśmie montażowej. Ona z taśmy przeszła do działu kontroli jakości. Codziennie wsiada do świeżo wyprodukowanego auta i testuje je na wewnętrznym torze na terenie fabryki.

Mają 13-letnią Dominikę i 9-letniego Jakuba. - Całe życie ułożyliśmy pod fabrykę - mówią.

Spotykamy się w mieszkaniu Kołodziejskich w Brzeszczach niedaleko Oświęcimia. To rodzinny dom pani Anny, mieszkają tu od roku (wcześniej wynajmowali mieszkanie w sąsiednim bloku). Z dumą pokazują: cztery pokoje, w kuchni nowe meble, podobnie w sypialni i pokoju dla dzieci. Na remont mieli zaoszczędzone 10 tys. zł, resztę dołożyli z kredytu. Razem z czynszem płacą 1,6 tys. zł. To tyle, ile płacili za wynajem poprzedniego mieszkania, ale tu są na swoim.

Kołodziejski, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, nie myślał, że kiedyś zacznie pracować w fabryce Fiata. Jego rodzina pochodzi z Pomorza. Do Brzeszcz przyjechali za pracą. Ojciec Roberta dostał etat w kopalni. - W 1989 roku skończyłem podstawówkę i nie wiedziałem, co robić. Ojciec namawiał na kopalnię, ale mnie tam nie ciągnęło - wspomina Robert.

Ktoś powiedział mu o szkole zawodowej przy Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Tychach, którą właśnie przejmował Fiat. Szkoła płaciła uczniom stypendium. Niewielkie, ale starczało na drobne wydatki. - Już w trzeciej klasie mieliśmy praktyki w hali produkcyjnej - mówi Robert. Szybko nauczył się zakładać rękawiczki ochronne, bo kto zapominał, miał zniszczone dłonie.

W lipcu 1992 roku, po skończeniu szkoły, został w fabryce na stałe. Zaczął od składania Seicento, który akurat wszedł na rynek. Dla fabryki to był gorący okres. Kupili ją Włosi i polscy robotnicy od razu zastrajkowali, żądając podwyżek. Robert też strajkował, ale bez entuzjazmu. - Powinniśmy mieć prawo do strajku, bo to właściwie jedyna metoda przeciwstawienia się pracodawcy, ale lepsze od strajku są negocjacje. Jeżeli jest dobra wola, można się dogadać - przekonuje.

Żona Roberta myśli podobnie. Na pracę u Fiata namówił ją mąż, zaczęła 7 lat temu. Decyzji nie żałują. Anna wcześniej sprzedawała w spożywczym i w życiu nie chciałaby tam wrócić. Zarabiała 700 zł miesięcznie, harowała po 8-10 godzin dziennie. - Urodziłam córkę i poszłam na urlop macierzyński. Właściciel sklepu mówił, że jak wrócę do pracy, da mi umowę na stałe - wspomina. Dała się skusić, ale gdy tylko przerwała macierzyński, została zwolniona.

Przez kilka lat (w tym czasie urodził się Jakub) na utrzymanie rodziny zarabiał tylko Robert. - Żyliśmy dużo skromniej niż teraz - przyznają.

Gdzie indziej jest gorzej

Znajomi zazdroszczą Kołodziejskim roboty u Fiata. Jeśli Robert pracuje we wszystkie soboty, czyli sześć dni w tygodniu, dostaje około 4 tys. zł na rękę, a Anna - około 3 tys. Wspólne 7 tys. zł to nieźle jak na tyskie warunki. Wydatki na mieszkanie razem z energią elektryczną (czynsz plus kredyt) to jakieś 2 tys. zł miesięcznie, reszta zostaje na życie. - Ani rozrzutnie, ani skromnie, ale potrafimy też zaszaleć, wyjść wieczorem do dobrej restauracji, kilka razy w miesiącu zabrać dzieci na pizzę albo do McDonalda - mówi Robert. - Choć jeden taki wieczór może kosztować nawet 300 zł.

Kołodziejscy nie oszczędzają na dzieciach. Dominika i Kuba są najważniejsi. Kupują im zabawki, rowery, ubrania. Nie myślą jeszcze o tym, co dzieci będą robić w przyszłości. - Niczego im nie narzucamy, ale nauka jest ważna. Jeżeli będą chciały iść na studia, pieniądze się znajdą, ale jak wybiorą inaczej, też nie będzie dramatu - mówi Anna.

Myślą teraz o nowym samochodzie. Jeżdżą 18-letnim volkswagenem jettą. - Odkładaliśmy tę decyzję, jak długo było można. Chciałbym nowe auto, ale wtedy musielibyśmy wziąć kolejny kredyt - mówi Robert. Pewnie byłoby ich stać. Gdyby zacisnęli pasa, mogliby odłożyć 200 albo nawet 300 zł miesięcznie.

Stołówka, dowóz, przerwa technologiczna

Marzenia? Najważniejsze - żeby fabryka w Tychach nadal produkowała samochody (zamiast Pandy ma wypuszczać mniej popularny model Lancii). Bez tej pracy standard życia Kołodziejskich zjechałby dramatycznie. Dziwią się, że niektórzy odchodzą z Fiata. - To młodzi gówniarze, nie poznali prawdziwego życia. Narzekają, że praca przy taśmie jest ciężka, ale nie wiedzą, że gdzie indziej jest znacznie gorzej. Ja wiem, bo tego doświadczyłam - mówi Anna.

Ich zdaniem Fiat jest dobrym pracodawcą. Co roku wypłaca premię za efektywność - w tym roku 860 zł; w grudniu pracownicy dostaną premię na święta - 2 tys. zł. Firma zapewnia dojazd do pracy autobusami i pokrywa połowę kosztów biletów (60 zł). - Mamy stołówkę, gdzie za 15 zł można zjeść porządny obiad. Fiat dopłaca też do kolonii dla dzieci - mówi Anna.

I jeszcze jedna zaleta: Kołodziejscy nie muszą specjalnie planować wakacji i starać się o urlopy w tym samym czasie. Z powodu corocznej, trzytygodniowej przerwy technologicznej urlop zawsze spędzają razem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':