Franciszek Gierot, szef Sierpnia '80, jednego z trzech największych związków działających w tyskim Fiacie, najbardziej boi się powtórki z 2001 roku, gdy koncern z powodu drastycznego spadku sprzedaży samochodów chciał zwolnić 630 osób. Zarząd zgodził się powołać komisję, do której włączono związkowców z trzech największych central. Musieli wspólnie decydować, kogo zwolnić.
- Już nigdy nie chciałbym tego przeżywać. Dowiedziałem się wtedy o ludziach wiele osobistych rzeczy, o których wolałbym nie wiedzieć. Przychodziły kobiety i mówiły, że mąż pije. Ukrywają to od lat, dla dobra dzieci. A teraz muszą powiedzieć, bo jak stracą pracę, to koniec. Koszmarne historie - mówi Gierot i zapewnia, że bronili wszystkich, ale nie zawsze się udawało.
Czy będzie tak tym razem? Atmosfera w zakładzie jest nerwowa. Ludzie chodzą zgaszeni, bo nowy
Fiat Panda, zamiast w Tychach, będzie produkowany w Pomigliano d'Arco pod Neapolem.
Co to oznacza dla Tychów? Panda była sztandarowym produktem fabryki. - Okazało się, że w tym biznesie nic nie jest na stałe. Nawet doskonała jakość, niskie koszty produkcji i świetni fachowcy, jakich mamy, nie gwarantują nam bezpiecznego poziomu produkcji. Powiem szczerze, że decyzja Włochów bardzo nas zaskoczyła - mówi Franciszek Gierot.
Za pracą do Tychów Robert Kołodziejski, 36 lat, przepracował w Fiacie pół życia: - Boimy się, że po Pandzie zaczną się zwolnienia. A ta praca jest dla mojej rodziny bardzo ważna. Bez niej nie wyobrażam sobie życia.
33-letnia żona Kołodziejskiego Anna też pracuje w fabryce. On niedawno awansował na stanowisko lidera, nadzoruje 12 osób na taśmie montażowej. Ona z taśmy przeszła do działu kontroli jakości. Codziennie wsiada do świeżo wyprodukowanego auta i testuje je na wewnętrznym torze na terenie fabryki.
Mają 13-letnią Dominikę i 9-letniego Jakuba. - Całe życie ułożyliśmy pod fabrykę - mówią.
Spotykamy się w mieszkaniu Kołodziejskich w Brzeszczach niedaleko Oświęcimia. To rodzinny dom pani Anny, mieszkają tu od roku (wcześniej wynajmowali mieszkanie w sąsiednim bloku). Z dumą pokazują: cztery pokoje, w kuchni nowe meble, podobnie w sypialni i pokoju dla dzieci. Na remont mieli zaoszczędzone 10 tys. zł, resztę dołożyli z kredytu. Razem z czynszem płacą 1,6 tys. zł. To tyle, ile płacili za wynajem poprzedniego
mieszkania, ale tu są na swoim.
Kołodziejski, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, nie myślał, że kiedyś zacznie pracować w fabryce Fiata. Jego rodzina pochodzi z Pomorza. Do Brzeszcz przyjechali za pracą. Ojciec Roberta dostał etat w kopalni. - W 1989 roku skończyłem podstawówkę i nie wiedziałem, co robić. Ojciec namawiał na kopalnię, ale mnie tam nie ciągnęło - wspomina Robert.
Ktoś powiedział mu o szkole zawodowej przy Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Tychach, którą właśnie przejmował Fiat. Szkoła płaciła uczniom stypendium. Niewielkie, ale starczało na drobne wydatki. - Już w trzeciej klasie mieliśmy praktyki w hali produkcyjnej - mówi Robert. Szybko nauczył się zakładać rękawiczki ochronne, bo kto zapominał, miał zniszczone dłonie.
W lipcu 1992 roku, po skończeniu szkoły, został w fabryce na stałe. Zaczął od składania Seicento, który akurat wszedł na rynek. Dla fabryki to był gorący okres. Kupili ją Włosi i polscy robotnicy od razu zastrajkowali, żądając podwyżek. Robert też strajkował, ale bez entuzjazmu. - Powinniśmy mieć prawo do strajku, bo to właściwie jedyna metoda przeciwstawienia się pracodawcy, ale lepsze od strajku są negocjacje. Jeżeli jest dobra wola, można się dogadać - przekonuje.
Żona Roberta myśli podobnie. Na pracę u Fiata namówił ją mąż, zaczęła 7 lat temu. Decyzji nie żałują. Anna wcześniej sprzedawała w spożywczym i w życiu nie chciałaby tam wrócić. Zarabiała 700 zł miesięcznie, harowała po 8-10 godzin dziennie. - Urodziłam córkę i poszłam na urlop macierzyński. Właściciel sklepu mówił, że jak wrócę do pracy, da mi umowę na stałe - wspomina. Dała się skusić, ale gdy tylko przerwała macierzyński, została zwolniona.
Przez kilka lat (w tym czasie urodził się Jakub) na utrzymanie rodziny zarabiał tylko Robert. - Żyliśmy dużo skromniej niż teraz - przyznają.
Gdzie indziej jest gorzej Znajomi zazdroszczą Kołodziejskim roboty u Fiata. Jeśli Robert pracuje we wszystkie soboty, czyli sześć dni w tygodniu, dostaje około 4 tys. zł na rękę, a Anna - około 3 tys. Wspólne 7 tys. zł to nieźle jak na tyskie warunki. Wydatki na mieszkanie razem z energią elektryczną (czynsz plus kredyt) to jakieś 2 tys. zł miesięcznie, reszta zostaje na życie. - Ani rozrzutnie, ani skromnie, ale potrafimy też zaszaleć, wyjść wieczorem do dobrej restauracji, kilka razy w miesiącu zabrać dzieci na pizzę albo do McDonalda - mówi Robert. - Choć jeden taki wieczór może kosztować nawet 300 zł.
Kołodziejscy nie oszczędzają na dzieciach. Dominika i Kuba są najważniejsi. Kupują im zabawki, rowery, ubrania. Nie myślą jeszcze o tym, co dzieci będą robić w przyszłości. - Niczego im nie narzucamy, ale nauka jest ważna. Jeżeli będą chciały iść na
studia, pieniądze się znajdą, ale jak wybiorą inaczej, też nie będzie dramatu - mówi Anna.
Myślą teraz o nowym samochodzie. Jeżdżą 18-letnim volkswagenem jettą. - Odkładaliśmy tę decyzję, jak długo było można. Chciałbym nowe
auto, ale wtedy musielibyśmy wziąć kolejny kredyt - mówi Robert. Pewnie byłoby ich stać. Gdyby zacisnęli pasa, mogliby odłożyć 200 albo nawet 300 zł miesięcznie.
Stołówka, dowóz, przerwa technologiczna Marzenia? Najważniejsze - żeby fabryka w Tychach nadal produkowała samochody (zamiast Pandy ma wypuszczać mniej popularny model Lancii). Bez tej pracy standard życia Kołodziejskich zjechałby dramatycznie. Dziwią się, że niektórzy odchodzą z Fiata. - To młodzi gówniarze, nie poznali prawdziwego życia. Narzekają, że praca przy taśmie jest ciężka, ale nie wiedzą, że gdzie indziej jest znacznie gorzej. Ja wiem, bo tego doświadczyłam - mówi Anna.
Ich zdaniem Fiat jest dobrym pracodawcą. Co roku wypłaca premię za efektywność - w tym roku 860 zł; w grudniu pracownicy dostaną premię na święta - 2 tys. zł. Firma zapewnia dojazd do pracy autobusami i pokrywa połowę kosztów biletów (60 zł). - Mamy stołówkę, gdzie za 15 zł można zjeść porządny
obiad. Fiat dopłaca też do kolonii dla dzieci - mówi Anna.
I jeszcze jedna zaleta: Kołodziejscy nie muszą specjalnie planować wakacji i starać się o urlopy w tym samym czasie. Z powodu corocznej, trzytygodniowej przerwy technologicznej urlop zawsze spędzają razem.