Chodzi o tragiczną w skutkach operację ujęcia groźnych bandytów z gangu "Mutantów" w 2003 r. W nocy z 5 na 6 marca antyterroryści mieli szturmować dom przy ul. Środkowej w Magdalence, gdzie ukrywali się Robert Cieślak i Igor Pikus. Zanim jednak taran rozwalił drzwi willi, pod nogami policjantów wybuchła bomba-pułapka. Poległo dwóch funkcjonariuszy, podkom. Dariusz Marciniak i nadkom. Marian Szczucki. 16 innych zostało rannych. Wymiana ognia z bandytami trwała ponad godzinę. Wreszcie i oni zginęli.
Prokuratura z Ostrołęki oskarżyła o niedopełnienie obowiązków - czym narażono członków grupy szturmowej na niebezpieczeństwo i śmierć -
policyjnych dowódców: mł. insp. Grażynę Biskupską, byłą szefową wydziału do walki z terrorem kryminalnym (dziś jest naczelnikiem w
CBŚ); mł. insp. Kubę Jałoszyńskiego, byłego szefa warszawskich antyterrorystów (dziś naukowca, wykładowcę w policyjnej szkole w Szczytnie); insp. Jana P. (zastrzegł nazwisko), byłego zastępcę komendanta stołecznego policji (dziś emeryta).
- Zlekceważyli zagrożenie. To jest podstawowa sprawa - mówił w mowie końcowej prokurator Andrzej Ołdakowski. Wymieniał zaniedbania: • brak pisemnego planu akcji; • jeden wariant szturmu; • źle zabezpieczona pomoc medyczna; • brakowało amunicji, a strzelcy wyborowi zostawili karabiny w szafie w komendzie; • w końcu chaos po wybuchu bomby i załamaniu szturmu.
Prokurator żądał kar po dwa lata więzienia z zawieszeniem na pięć lat.
Ale Sąd Okręgowy w Warszawie - po raz drugi, proces z 2006 r. też się skończył uniewinnieniem - uznał, że nie było związku przyczynowego między tragicznym finałem akcji a działaniami lub zaniechaniami oskarżonych. - Przebieg akcji był nie do przewidzenia, a cała sytuacja - bez precedensu - usłyszeliśmy. Sędzia Beata Najjar mówiła, że ani Biskupska, ani Jałoszyński nie kierowali akcją, a Jan P. wywiązał się należycie z nadzoru.
Zarzuciła też ostrołęckiej prokuraturze, że oparła się na opinii biegłych, których sąd uznał za nieobiektywnych, a "żaden z zarzutów nie został należycie uzasadniony".
Sędzia wyliczała, że • żadna obserwacja nie byłaby w stanie wykryć doskonale zamaskowanych przez bandytów min-pułapek; • wybrany wariant zatrzymania bandytów był najlepszy; • brak pisemnego planu nie wpłynął na przebieg akcji; • a brak karetek nie był winą oskarżonych.
Wyrok nie jest prawomocny. Matka jednego z zabitych policjantów wyszła z sali już podczas jego ogłaszania.
Po wyroku
Kuba Jałoszyński mówił, że rozumie rozgoryczenie rodzin zabitych, ale "gdyby świat miał metody na wykrywanie min-pułapek, to nie ginęliby ludzie".
Grażyna Biskupska w ostatnim słowie przed ogłoszeniem wyroku podkreślała: - Chylę czoła przed tymi, którzy zginęli i zostali ranni, ale nie mam sobie nic do zarzucenia.
- To była pierwsza tego typu sytuacja nie tylko w Polsce, ale także w Europie, gdy policjanci podczas zatrzymywania przestępców natrafili na ukryte ładunki wybuchowe. Ta tragiczna akcja była później analizowana podczas szkoleń także zagranicznych antyterrorystów. W pracy policji zawsze istnieje ryzyko, zachowań przestępców nie sposób przewidzieć - komentował po wyroku rzecznik KGP Mariusz Sokołowski.