W fabularnym debiucie Siergieja Łoźnicy młody kierowca ciężarówki wiezie przez rosyjskie wsie mąkę na sprzedaż - z dobroduszną naiwnością podwozi nieletnią prostytutkę (Olga Szuwałowa), słucha wspominającego przeszłość wojennego weterana, wdaje się w rozmowę z miejscowymi pijaczkami. Wszyscy są z pozoru przyjaźni, ale też wszyscy odruchowo przechodzą od życzliwości do agresji: kierowca, który zostanie napadnięty i okradziony, utknie tu na dobre, jakby rosyjski świat wessał go do środka i zmienił w wiecznego tułacza przybłędę.
Mistrzowsko skonstruowane "Moje szczęście" właściwie pozbawione jest fabuły. Odrażająca współczesność (milicjanci zachowują się jak bandyci) miesza się z retrospekcjami z czasów wojny, kiedy Rosjanie z byle powodu zabijają samych siebie - bo ktoś wspomniał o "dobrych Niemcach", którzy wierzą w edukację i w Boga, albo zbyt szybko pochwalił się, że wraca do narzeczonej na ślub. Raz pokazane postaci i miejsca pojawiają się znowu, ale w zupełnie nowej funkcji, tworząc niemal lynchowską łamigłówkę. Nad wszystkim unosi się jednak aura przeklętego miejsca, które - jak w "Martwych duszach" Gogola, do których Łoźnica wyraźnie nawiązuje - zamieszkują otępiałe ludzkie upiory. Jedyny sposób, żeby przetrwać, to - jak uczy w finale inny kierowca ciężarówki - "w nic się nie wtrącać, jeśli nie proszą, niczego nie ruszać, bo jak się wtrącisz, prędzej czy później za to zapłacisz".
Paweł T. Felis: Rosja, którą pokazuje pan w "Moim szczęściu", wydaje się jeszcze bardziej mroczna niż w "Ładunku 200" Bałabanowa, dla którego upadający ZSRR z roku 1984 to chory świat napędzany spiralą przemocy czy w pokazywanym parę lat temu w konkursie ENH "Cztery" Chrzanowskiego według scenariusza Sorokina, dla których Rosja to współczesne piekło na ziemi sprowadzone do pijaństwa, obżarstwa i naturalistycznej fizjologii. Ceni pan te filmy?
Siergiej Łoźnica*: Temat jest właściwie podobny, ale nasze filmy są zupełnie inne: zwłaszcza "Ładunek 200" jest dla mnie nie do przyjęcia, bo aktorzy - poza jedną osobą - grają w nim fatalnie. Za to "Cztery" bardzo cenię: Chrzanowski tworzy mitologiczny, nierealistyczny obraz Rosji, a jednocześnie próbuje mity na temat Rosji obnażyć i skompromitować. Poza tym podobnie jak ja pracuje z amatorami i myśli obrazem, co dla mnie jest najważniejsze. A czy myśli pan, że w polskim kinie taki film mógłby powstać?
Tak, co udowodnił niedawno w "Domu złym" Wojciech Smarzowski. Ale "Moje szczęście" jest ostrzejsze, bo pokazuje, że problemem Rosji nie jest żaden wróg, żadna siła z zewnątrz: zło tkwi w rosyjskiej naturze, w powietrzu, biologii, genach.
- Zgadzam się, ale czy dotyczy to tylko Rosji? Rosja ma oczywiście za sobą przerażającą historię, która dokonała niewyobrażalnego spustoszenia - w mentalności, w stosunku do innych ludzi. Ale mój film jest oczywiście metaforą, którą rządzi zasada przejaskrawienia. Być może to najbardziej naturalny sposób opowiadania o Rosji, która jest krajem brutalnych kontrastów. Wystarczy przejść się po ulicy, żeby poczuć tę niezwykłą intensywność, której nie ma nigdzie indziej. Wszystko wydaje się tu wyostrzone, doprowadzone do ekstremum.
Jest w filmie kapitalna scena, gdy bohater próbuje skrótem przejechać przez wioskę. Zaczyna pytać, gdzie ta droga prowadzi. I słyszy: nigdzie. Z rosyjskiej klątwy nie ma wyjścia?
- W Rosji drogi ułożone są specyficznie: z dużych miast prowadzą do mniejszych, z miasteczek do wsi, a ze wsi do jeszcze mniejszych wiosek. Ale w którymś momencie ucinają się, kończą - nigdzie dalej nie można już nimi dojechać.
W taką dziurę w przestrzeni trafia mój bohater. Nie potrafi się z niej wyrwać, jakby ktoś rzucił na niego klątwę. Zamknął go w miejscu, w którym liczy się tylko to, kto pierwszy zabije i kogo. Czy to znaczy, że faktycznie nie ma wyjścia? Oczywiście jest - dla każdego z bohaterów, dla Rosji też. Ale mój film opowiada o świecie, w którym nadzieja została brutalnie odebrana. A jeśli nie masz nadziei, przestajesz reagować w sposób ludzki i przewidywalny. Przyzwyczajasz się do traktowania innych jak zwierzęta albo przedmioty. Rodzi się przerażający mechanizm, który w naturalny sposób przejmują kolejne pokolenia.
Rosja nie zgodziła się koprodukować pana filmu. Jest zbyt antyrosyjski?
- Chcieliśmy realizować film w Rosji, ale rosyjskie ministerstwo kultury nie chciało go współfinansować. Nie znaleźliśmy też żadnego rosyjskiego producenta niezależnego, dlatego film jest ukraińsko-niemiecko-holenderski. Być może niektórzy nie potrafią zobaczyć, że "Moje szczęście" to nie dokument, tylko fabuła. W dodatku im bliżej końca, tym mniej realistyczna i coraz bardziej groteskowa. Jak u Gogola, który był dla mnie najważniejszą inspiracją.
Na ile korzystał pan w tym wypadku z wieloletnich doświadczeń dokumentalisty?
- Cały film wziął się właściwie z opowieści ludzi, których spotykałem przez lata, gdy robiłem na rosyjskiej prowincji dokumenty. Jeśli pracujesz tygodniami w jednym miejscu, ludzie zaczynają ci ufać i zaczynają mówić. Tak poznałem historię mężczyzny, który przewoził ciężarówką mąkę, utknął w jakimś miejscu, został pobity i nigdy już nie wrócił do domu: zaczął żyć jak włóczęga, w końcu stał się kryminalistą. Główny wątek "Mojego szczęścia" jest więc oparty na faktach, ale tych historii, które przeniknęły do filmu, było oczywiście dużo więcej.
Jak to się stało, że zdjęcia do pana filmu robił Oleg Mutu, operator rumuńskich "Czterech miesięcy, trzech tygodni i dwóch dni" Mungiu?
- Kiedy szukałem operatora, pokazałem producentowi "Cztery miesiące ", mówiąc "chcę właśnie takich zdjęć". Ale nie mogliśmy znaleźć nikogo, kto pracowałby w ten sposób. Wtedy pomyślałem: czemu nie zaprosić Mutu? Odnaleźliśmy go przez internet, wysłaliśmy scenariusz, a po paru dniach dostaliśmy odpowiedź. Zgodził się od razu, zwłaszcza że urodził się w Mołdawii i świetnie mówi po rosyjsku.
Wierzy pan w ocieplenie polsko-rosyjskich stosunków po katastrofie w Smoleńsku?
- Przede wszystkim nie wiemy tak naprawdę, co się pod Smoleńskiem stało. Nikt jeszcze tego nie wie. Chciałbym, żeby to był tylko fatalny przypadek, tragiczny splot okoliczności. I żeby z tej tragedii wyszło coś dobrego. Ale każdy, kto zna Rosję, dobrze wie, że tego rodzaju zmiany nie dokonują się tak szybko.
*Siergiej Łoźnica - urodził się w 1964 roku w Baranowicach na Białorusi, wówczas w ZSRR. Potem przeniósł się z rodziną do Kijowa, gdzie studiował inżynierię i matematykę. Pracował jako naukowiec w Instytucie Cybernetyki i był tłumaczem z japońskiego. W 1991 roku zamieszkał w Moskwie, gdzie skończył reżyserię. Zrealizował wiele nagradzanych na świecie dokumentów, m.in. "Blokadę" (2005) o Leningradzie w czasie II wojny (Złoty Smok na Krakowskim Festiwalu Filmowym), "Rewię" (2008) o Związku Radzieckim z perspektywy kołchozu (Złoty Róg na KFF) i "Fabrykę" (2004, Grand Prix w Lyonie).
Źródło: Gazeta Wyborcza