- Śledztwo będzie zakrojone na szeroką skalę. Ma za zadanie ustalić źródła przecieku - oświadczył wczoraj rzecznik Pentagonu. To kolejna reakcja władz
USA, odkąd
Wikileaks ujawnił w niedzielę 91 tys. dokumentów amerykańskiej armii z wojny w Afganistanie z lat 2004-09. Już przedwczoraj Biały Dom uznał przeciek za złamanie prawa federalnego i nie wykluczył ścigania założycieli Wikileaks. Jest to mało prawdopodobne, bo serwis zarejestrowany jest w Szwecji. Według mediów za sprawą przecieku stoi 22-letni analityk wywiadu wojskowego Bradley Manning, którego kilka tygodni temu aresztowano.
Sprawą ma się też zająć amerykański Kongres. - Bez względu na to, w jak nielegalny sposób te dokumenty ujrzały światło dzienne, budzą one wątpliwości w sprawie amerykańskiej polityki wobec Pakistanu i Afganistanu - oświadczył szef komisji spraw zagranicznych John Kerry.
Wyciek badają również Brytyjczycy i Australijczycy, wyjaśnień od niemieckiego rządu chcą Zieloni, SPD i postkomuniści z Lewicy. Interesuje ich działalność grupy Task Force 373. Według upublicznionych przez Wikileaks dokumentów żołnierze tej jednostki polują w północnym Afganistanie na dowódców talibów, korzystając z baz Bundeswehry i niewykluczone, że z pomocy niemieckich żołnierzy.
Minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg zapewnił, że Bundeswehra nie poluje na talibów, tylko uczestniczy w ich zatrzymaniach. Stwierdził, że dokumenty ujawnione przez Wikileaks nie zawierają żadnych sensacji. - Wszyscy znawcy tematu, w tym dziennikarze, wiedzieli o istnieniu takich jednostek jak Task Force 373 od lat - mówił.