Skorzystajmy z tej okazji, by opowiedzieć historię firmy, która jak mało która ucieleśnia historię
Hollywood - od pionierskich czasów kina niemego, przez złotą erę kultu gwiazd aż po upokarzającą sytuację, w której hollywoodzką wytwórnię przerzuca sobie z rąk do rąk kapitał spekulacyjny.
Opowieść o MGM najlepiej zacząć od historii każdej z trzech literek tworzących ten skrót - rozwijany w Metro-Goldwyn-Mayer. Zacznę od środka, bo nic lepiej nie opisuje narodzin Hollywood od historii Samuela Goldwyna. Który, wbrew pozorom, nic nie miał wspólnego z MGM.
Nie masz cwaniaka nad warszawiaka Goldwyn przyszedł na świat w 1879 roku w Warszawie jako Szmul Gelbfisz. Powinniśmy go uważać za wybitnego rodaka, któremu udała się kariera w Hollywood - gdyby nie nasza skłonność do wykluczania z historii wszystkich ludzi o nieprawidłowym imieniu czy nazwisku.
Gelbfisz z Warszawy do Hollywood doszedł pieszo (nie licząc odcinka atlantyckiego). Jako nastolatek wyszedł z domu bez dokumentów i grosza przy duszy i po roku dotarł do rodziny w Birmingham. Tam zmienił nazwisko na Goldfish, bo jak już być rybką, to złotą.
W 1898 roku, już jako Samuel Goldfish, popłynął statkiem do Nowego Jorku. Nie wpuścili go. Popłynął do Kanady, z której do Nowego Jorku doszedł znowu pieszo. Bez grosza przy duszy i bez dokumentów. Obrotny dwudziestolatek szybko zaczepił się w handlu damską odzieżą i przeszedł karierę od akwizytora po członka zarządu odpowiedzialnego w korporacji za marketing. Wtedy jego szwagier Jesse Lasky namówił go do zainwestowania w przedsięwzięcie mające na celu wyprodukowanie pierwszego pełnometrażowego filmu fabularnego.
Nakręcony w 1914 roku w szopie pod Los Angeles "The Squaw Man" ("Mąż squaw"), łączący western z melodramatem, okazał się przebojem kasowym. Wyreżyserował go sam Cecile De Mille.
Spółka Lasky'ego po połączeniu z podobną spółką Adolpha Zukora wyewoluowała w końcu w firmę Paramount Pictures. Goldfish wprawdzie miał w niej udziały i sporo zyskał na sukcesie "Męża squaw", ale jego szwagier wbił mu nóż w plecy i razem z Zukorem wykolegował go z zarządu.
W 1916 Goldfish założył kolejną spółkę razem z producentem teatralnym, który nie miał doświadczenia filmowego, Edgarem Selwynem. Dla zaznaczenia przyjaźni i współpracy Goldfisha i Selwyna spółka miała nazwę stworzoną z nazwisk obu partnerów - Goldwyn Pictures Corporation.
Szybko okazało się, że Selwyn może i nie miał doświadczenia filmowego, ale miał doświadczenie biznesowe. Dogadał się z Levim Schubertem (innym emigrantem z Kongresówki) i wykolegował Goldfisha z zarządu.
Samuel Goldfish był na to przygotowany. Po prostu... zmienił nazwisko na Goldwyn i założył własną firmę Samuel Goldwyn Production.
Niemające z nią już nic wspólnego Goldwyn Pictures Corporation działało ze zmiennym szczęściem w latach 1916-24. Zapisało się w historii kina głównie słynnym logo z ryczącym lwem.
Wkrótce Schubert wykolegował także Selwyna i zaaranżował przejęcie Goldwyn Pictures przez magnata kinowego Marcusa Loewa, do którego należała wielka sieć kin, gdyż uważał, i słusznie, że prawdziwe pieniądze zarobi, wyświetlając w swoich kinach swoje filmy.
Do Loewa już należała marka "Metro", co prowadzi nas do kolejnej literki w skrócie. Nim się nią zajmiemy, jeszcze kilka słów o Samuelu Goldwynie. Jego własna firma nigdy nie stała się tak wielka jak MGM - ale z kolei im sławniejszy był MGM, tym większy respekt budziła nazwa Samuel Goldwyn Studio.
Goldwyn wyprodukował wiele filmów dla United Artists i RKO Pictures. Tylko jeden - musical "Guys and Dolls" z Marlonem Brando i Frankiem Sinatrą - wypuścił pod szyldem MGM.
Był człowiekiem autentycznie kochającym kino, ale samoukiem. A właściwie nieukiem. Po Hollywood krążyły liczne anegdoty o gold-winizmach, w których wielki producent
odsłaniał swoją ignorancję. Podobno Goldwyn, zwiedzając ogród w Hollywood, zobaczył zegar słoneczny. Ogrodnik wyjaśnił mu jego zasadę działania, co Goldwyn przywitał komentarzem: "Czego to oni jeszcze nie wymyślą?".
Nie da się ustalić, ile goldwinizmów było prawdziwych, a ile wymyślili komedianci tacy jak Charlie Chaplin czy Harpo Marx. Czy naprawdę Goldwyn powiedział kiedyś: "Ludzie korzystający z psychoanalityka powinni być przebadani na głowę", jak upierała się Lillian Hellman? Albo "Ustna umowa nie jest warta nawet papieru, na którym ją spisano", jak twierdzili bracia Marx?
Wiele goldwinizmów, co do autentyczności których można być w miarę pewnym, zdradza z kolei błyskotliwą inteligencję producenta, jak np. "My się zajmujemy rozrywką, jak ktoś chce coś przekazać, niech z tym idzie do Western Union".
Albo: "Nie chcę, by otaczali mnie pochlebcy - chcę, by każdy mój pracownik umiał mi się przeciwstawić, nawet gdyby za to miał wylecieć z roboty".