Te kapitalne nagrania archiwalne nie ujrzały dotychczas światła dziennego. To dowód, że o zmarłym tragicznie przed 30 laty Seifercie w Polsce dawno zapomniano.
Kraków, lata 60. Działają Klub pod Jaszczurami, Piwnica pod Baranami i Teatr Cricot Tadeusza Kantora. Magia i niepowtarzalna atmosfera przyciągają ludzi z całej niemal Polski. Jazz Klub "Helikon" gromadzi niezwykłe osobistości świata muzyki, malarstwa, teatru. Wśród jazzmanów prym wiodą Krzysztof Komeda, Andrzej Kurylewicz, Adam Matyszkowicz (Makowicz), Wojciech Karolak i młodziutki Tomasz Stańko. Wejść do klubu można tylko na dwa sposoby: przez polecenie bądź po zdaniu egzaminu przed komisją, w której zasiadają m.in. Wiesław Dymny i Jan Byrczek. Trudne do przejścia reguły powodują, że jazz staje się muzyką elitarną, wyznacza pewien status społeczny, kształtuje światopogląd i przyciąga uwagę. Zwłaszcza ludzi młodych.
W tym właśnie światku znaleźli się czterej początkujący muzycy: saksofonista i skrzypek Zbigniew Seifert, pianista Jan Jarczyk, basista Jan Gonciarczyk i perkusista Janusz Stefański. Byli jeszcze za młodzi, żeby dostać się do klubu, podsłuchiwali więc za drzwiami. Mieli też zajęcia z "zespołu jazzowego" w szkole średniej. Ekskluzywne, bo jedyne prowadzone w szkole oficjalnie, przez jedynego zaznajomionego nieco z tematem nauczyciela klarnetu Alojzego Thomysa. Słuchali też sprowadzanych potajemnie z Zachodu nagrań Milesa Davisa, Johna Coltrane'a i Ornette'a Colemana. Zafascynowani amerykańskim modern jazzem poszukiwali jednak własnego języka. Utworzyli zespół, którego liderem został Seifert. On pierwszy odważył się prezentować publicznie autorskie kompozycje w miejsce jazzowych standardów.
Niepublikowane dotąd, a odgrzebane z archiwów Polskiego Radia nagrania kwartetu Seiferta to prawdziwa perełka. Dokumentują bowiem jego znakomite występy na festiwalach Jazz nad Odrą (1969 r.) i Jazz Jamboree (1969, 1970). Pokazują drogę i ewolucję zespołu, który zaczynał od przebojów (kapitalna aranżacje "Blue in Green" Davisa), a kończył na mocnych i skomplikowanych formalnie utworach Seiferta i Jarczyka. Dowodzą wreszcie, jak nowatorskim i odkrywczym w polskich realiach tamtych lat był jego zespół.
Seiferta usłyszymy tu jeszcze jako saksofonistę, a nie skrzypka. Po wysłuchaniu jego karkołomnych improwizacji nie ma jednak wątpliwości, że również ten instrument nie miał dla artysty żadnych tajemnic i ograniczeń. Zresztą cały zespół chodzi tu jak najlepszy szwajcarski zegarek. Mistrzostwo świata odkryte po latach.