Historia jest następująca. Jest sierpień 1937. Jack Rosenblum z żoną Sadie i roczną córeczką Elizabeth schodzi ze statku na ląd w angielskim Harwich. Są Żydami z Niemiec; słusznie podejrzewają, że w swoim kraju, rządzonym przez Hitlera, nie mają czego szukać. Jack jest po prostu uparciuchem. Nie ma najmniejszej ochoty być Żydem Wiecznym Tułaczem. Chce być prawdziwym Anglikiem, w dodatku dżentelmenem, w dodatku Anglikiem dżentelmenem grającym w golfa. Ba, Anglikiem, który ma najlepsze w Anglii własne pole golfowe! Uda się? Bez obaw - nie zdradzę.
Jack po prostu "zgadzał się z sąsiadami, że rolą Żydów jest nierzucanie się w oczy. Jeśli nikt go nie zauważył, człowiek stawał się jak ławka w parku, użyteczna, jeśli się o niej myślało, ale nieodcinająca się od tła. Kluczem była asymilacja". I metodycznie, krok po kroku, ze szczegółowo sporządzoną tytułową własną listą 151 warunków, próbuje zostać prawdziwym Anglikiem. To znacznie rozszerzona lista sporządzona na kanwie broszury "Życie w Anglii: zbiór przydatnych informacji i prostych rad dla każdego ekspatrianta".
No więc codziennie kupuje marmoladę, codziennie słucha w BBC prognozy pogody, nosi idealnie skrojone garnitury. Punkt piąty broszury brzmi: "Nie ściągaj na siebie uwagi głośną rozmową, zachowaniem czy stylem ubioru". I dopisek Jacka: "Nie gestykuluj. Trzymaj ręce nieruchomo po bokach albo miejscowi wezmą cię za afektowanego dziwaka". I dalej: "Anglicy bardzo nie lubią ostentacji czy ekstrawagancji w stroju". Jack: "Pamiętaj: najlepsza jest nijakość".
Kompletnie nie widzi, że dla Anglików jest karykaturą Anglika. Kupuje dom na wsi. Ten dom z ziemią był mu potrzebny, by zbudować własne pole golfowe. Tak naprawdę własne pole nie było mu potrzebne, ale decyduje się na nie, bo żaden z szacownych klubów dla dżentelmenów nie chce wpisać na listę członków kogoś o nazwisku Rosenblum. Sprawdził, że o to chodzi, gdy wysyłał aplikacje podpisane fikcyjnym, typowo angielskim nazwiskiem - chcieli go przyjąć z otwartymi rękami.
Siłą tej książki jest także to, że bodaj ani razu nie pada słowo antysemityzm i Holocaust . Jack tak bardzo chce się "asymilować", że nawet z żoną nie rozmawia po niemiecku. Sadie - przeciwnie. Bez przerwy wtrąca niemieckie zwroty. Wspomina wakacje gdzieś na bawarskiej wsi. No i popisowy numer: Sadie piecze baumtorte - taki tort, by pamiętać, kim, skąd i jakim się jest. "Prawdziwą Angielką" zostaje córka państwa Rosenblumów. Mówi bez akcentu, studiuje na prestiżowej uczelni, przyjaźni się z arystokratami. No i teraz nazywa się po prostu Rose. Ojciec jest zachwycony.
Rozczuliła mnie ta książka. Świetnie się czyta, wyobraźnia pracuje bez wysiłku, jest się z bohaterami książki od początku do końca. Pan Rosenblum jest irytujący, Sadie - intryguje. Niecierpliwie się czeka, co będzie dalej, czy się uda... No, po prostu idealna powieść na wakacyjne upalne dni.
A gdy za jakiś czas powstanie na jej podstawie film - a pewnie filmowcy nie przepuszczą takiej okazji - można będzie z dumą stwierdzić, że już się czytało, że książka lepsza niż film. I lepszy w głównej roli byłby Zbigniew Zamachowski niż Robin Williams, a zamiast Meryl Streep - Krystyna Janda. Gdybam oczywiście, bo do filmu daleka droga, choć jeśli powstanie - duże szanse na Oscary,
Hollywood uwielbia takie historie.