Dokumenty ujawniły wczoraj jednocześnie trzy gazety: amerykański "New York Times", brytyjski "Guardian" i niemiecki "Der Spiegel". Pochodzą one z lat 2004-09, czyli sprzed zmiany strategii, którą na przełomie roku zarządził prezydent
Barack Obama, m.in. wysłał do Afganistanu dodatkowo 30 tys. żołnierzy.
Kroniki prowadzone przez poszczególne oddziały walczące w Afganistanie pozwalają zrozumieć fenomen talibów, którzy po dziewięciu latach wojny, na którą
USA wydały już ponad 300 mld dol., są teraz silniejsi niż kiedykolwiek od amerykańskiej inwazji jesienią 2001 r.
Z raportów widać, że "walka o serca i umysły zwykłych Afgańczyków" - główny cel Amerykanów - idzie jak po grudzie, a miejscowa ludność w ogóle nie chce pomagać siłom koalicji. "Zawsze jest tak samo. Nikt tutaj nie chce mieć z nami nic wspólnego" - pisze np. kronikarz oddziału Task Force Catamount w afgańskiej prowincji Paktika.
Przygnębiające są opisy bratobójczych walk między poszczególnymi oddziałami afgańskich sił bezpieczeństwa (ich szkolenie to kolejny kluczowy cel sił koalicji). Np. w kwietniu 2009 r. w prowincji Helmand doszło do strzelaniny między odurzonymi opium strażnikami granicznymi a lokalnymi
policjantami. Jakby tego było mało, afgańscy policjanci i żołnierze, którzy często w ogóle nie dostają pensji, bezczelnie okradają cywilów i współpracują z talibami.
Równie przerażająca jest opisana w raportach dwulicowa natura pakistańskiego wywiadu wojskowego ISI, który dostaje od Amerykanów miliony dolarów na walkę z talibami, a w rzeczywistości ich wspiera, udzielając schronienia po drugiej stronie granicy, i nawet pomaga im organizować ataki w Afganistanie.
Raporty ujawniają też kontrowersyjne działania sił koalicji. Tajny amerykański oddział Task Force 373 tropi talibów i terrorystów Al-Kaidy - na liście osób do likwidacji lub schwytania jest ponad 2 tys. nazwisk. W pościgu za nimi często giną pechowcy, którzy znaleźli się w miejscu, gdzie poszukiwani są lub rzekomo powinni być.
Task Force 373 za prezydentury Obamy jest jeszcze aktywniejszy niż za George'a Busha, choć Obama obiecywał zerwać z moralnie wątpliwymi praktykami poprzednika. Więcej jest też bombardowań z bezzałogowych samolotów, które w niektórych przypadkach są zdalnie sterowane z odległej o wiele tysięcy kilometrów amerykańskiej Nevady.
Trzy dzienniki, które ujawniły dokumenty, otrzymały je od Juliana Assange, właściciela strony internetowej
Wikileaks. Zasłynęła ona wcześniej opublikowaniem filmu z amerykańskiego helikoptera nad Bagdadem, z którego przez przypadek ostrzelano cywilów.
Wikileaks nie chce ujawnić, skąd ma gigantyczny plik dokumentów. Pentagon już od kilku miesięcy miał sygnały, że ktoś kopiuje jego tajemnice. W lutym Wikileaks opublikowało raport ambasady USA w Reykjaviku opisujący islandzkich polityków skarżących się na Europę, która naciska ich, by spłacili długi plajtujących islandzkich banków.
Dopiero w maju udało się zlokalizować podejrzanego. Wtedy to kalifornijski haker Adrian Lamo poznał na czacie niejakiego Bradass87, który twierdził, że jest analitykiem wywiadu stacjonującym w Bagdadzie i ma dostęp do całej sieci najtajniejszych dokumentów. Bradass87 twierdził, że jego kolega przekazuje dokumenty do Wikileaks. Mówił też, że "chce, żeby ludzie poznali prawdę".
Znalazł sobie jednak kiepskiego powiernika - 26 maja Lamo w kawiarni spotkał się z oficerami z Pentagonu i wszystko im opowiedział. Tego samego dnia w bazie Hammer pod Bagdadem aresztowany został 22-letni analityk Bradley Manning - do dziś przebywa w wojskowym areszcie w Kuwejcie. Grozi mu wieloletnie więzienie.
Właściciel Wikileaks kilka miesięcy temu postanowił skontaktować się z redakcjami trzech wielkich gazet, by dokumenty nie znikły w otchłani internetu. Chciał też przed publikacją wspólnie z doświadczonymi dziennikarzami przejrzeć i ocenzurować materiały, by ich publikacja nie zagroziła siłom koalicji. Ale w niedzielę, po publikacji, został właśnie o to natychmiast oskarżony.
- Surowo potępiamy ujawnienie tajnych informacji, które mogą zagrozić życiu Amerykanów i ich sojuszników lub zagrozić bezpieczeństwu narodowemu - mówił gen. James L. Jones, doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego. - Wikileaks nie podjęło żadnych kroków, żeby się z rządem USA skontaktować. Dowiadujemy się o sprawie z mediów.
Czytaj dalej: Naga prawda o wojnie