- Nie chcemy, by informatorów lub dziennikarzy wsadzano do więzienia za ujawnianie tajnych dokumentów - taką deklaracją kierują się założyciele Wikileaks.org. To aluzja do chińskiego dziennikarza Shi Tao, który w 2005 r. został skazany na 10 lat więzienia. Tao ujawnił instrukcje chińskiego rządu, jak pisać o rocznicy masakry na placu Tiananmen.
Tu wszystko jest anonimowe "Leaks" to z angielskiego "przecieki". Pierwszy człon - wiki - pochodzi od największej internetowej encyklopedii świata, Wikipedii, bo obie witryny na pierwszy rzut oka wyglądają bliźniaczo.
Z tym, że w
Wikileaks wszystko jest anonimowe. Dokument może przesłać każdy, kto ma dostęp do internetu. Pliki zostawia w specjalnej cyfrowej skrzynce kontaktowej. Jak twierdzą założyciele - nie ma możliwości, by sprawdzić, kto, ani skąd je wrzucił, bo Wikileaks korzysta z narzędzi ukrywających tożsamość internauty i szyfrujących przesyłane dane.
Jak sprawdza wiarygodność dokumentów? Korzystając z pomocy współpracujących z nią dziennikarzy i ochotników. Decyzję o publikacji podejmuje grupa pięciu recenzentów.
Pierwszy przeciek - zlecenie zgładzenia oficjeli rządowych, które podpisał Sheikh Hassan Dahir Aweys, przywódca islamistów w Somalii - pojawił się pod koniec 2006 r. Założyciele Wikileaks nie byli przekonani, czy to autentyczny dokument, liczyli jednak na to, że czytelnicy pomogą to przeanalizować. Pismo opatrzono więc komentarzem sugerującym, że mogło zostać sfabrykowane przez amerykański wywiad.
Najbardziej znane przecieki? Blisko sześćset tysięcy wiadomości z pagerów z 11 września 2001 r. (m.in. pomiędzy Pentagonem a nowojorską policją),
wideo z Bagdadu, na którym widać ostrzał grupy cywilów z amerykańskiego śmigłowca, wiadomości z prywatnego konta pocztowego Sarah Palin, dokumenty związane z kościołem scjentologów czy operacją w Guantanamo.
Wikileaks często publikuje to, czego tradycyjnym mediom zakazują wyroki sądowe - np. wewnętrzny raport spółki Trafigura o skażeniu Wybrzeża Kości Słoniowej (w 2009 r. prawnicy uzyskali wyrok zakazujący "The Guardian" publikacji).
W 2008 r. magazyn Economist przyznał Wikileaks nagrodę w kategorii "nowe media", w czerwcu 2009 r. stronie przyznano nagrodę Amnesty International - za ujawnienie skandali z Kenii.
Kto za tym stoi? Według notatki na stronie, Wikileaks założyli "chińscy dysydenci, dziennikarze, matematycy i informatycy z
USA, Tajwanu, Europy, Australii i RPA". Nazwisk nie zna nikt. Twarzą Wikileaks jest 39-letni Australijczyk Julian Assange - który sam przedstawia się jako członek rady doradczej Wikileaks. Mają do niej należeć m.in. były analityk amerykańskiego wywiadu, kryptografowie, rosyjscy emigranci i uchodźcy z Tybetu.
O samej Wikileaks wiadomo niewiele. To organizacja non-profit, wywodząca się ze Szwecji. Jej witryna należy do spółki Sunshine Press. Zatrudnia pięć osób (kogo - nie wiadomo), ale nie płaci im pensji. Podobnie jak armii około 800 współpracowników rozsianych po całym świecie. Swoje serwery ukrywa - przy pomocy kontrowersyjnej spółki PRQ, założonej przez ludzi związanych z piracką witryną The Pirate Bay. PRQ słynie z tego, że nie dba o formalności, a klientom"nie zadaje pytań".
Rocznie Wikileaks wydaje ok. 200 tys. euro na utrzymanie serwerów i sprawy papierkowe. Prawnicy bronią witryny pro publico bono, fundacja otrzymuje setki tysięcy dolarów wsparcia m.in. od Associated Press, The Los Angeles Times czy amerykańskiego związku wydawców prasy (NNPA).
W grudniu 2009 r. przyszłość Wikileaks stanęła pod znakiem zapytania: jej założyciele ogłosili, że chwilowo kończą im się środki i zawieszają działanie serwisu (działała jedynie skrzynka służąca do zgłaszania dokumentów). Wikileaks powróciła w lutym.
Na publikację czeka ponad milion dokumentów Sam Assange często powtarza, że jest śledzony, twierdzi, że szukają go amerykańskie służby. Restaurację w Rejkjawiku, gdzie spotykał się z wolontariuszami, rzekomo została "dyskretnie obfotografowana", brytyjski agent miał mu grozić na parkingu, represje dotknęły też współpracowników - jednego trzymano na policji przez 21 godzin, innemu skonfiskowano komputer.
Assange twierdzi, że na publikację czeka ponad milion dokumentów. Jak przyznał, światła dziennego nie ujrzały np. materiały związane z wyciekiem ropy naftowej z szybu BP w zatoce Meksykańskiej. Bo "zabrakło rąk do weryfikacji".
- To jest jak otwarcie akt Stasi w byłej NRD. Zrobiliśmy to, bo ludzie powinni wiedzieć, jak naprawdę wygląda wojna - Assange tłumaczył decyzję o publikacji dokumentów z Afganistanu.