http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Hipokryzja na porodówkach

Elżbieta Cichocka
2010-07-27, ostatnia aktualizacja 2011-04-12 11:59

Sprzęt w szpitalu
Sprzęt w szpitalu
Fot. Grażyna Jaworska / Agencja Gazeta

Być może w myśl sprawiedliwości i równości należałoby zlikwidować możliwość znieczulania do porodu na życzenie i zamknąć na klucz sale o podwyższonym standardzie. Tylko że taki sprawiedliwy krok na pewno nie uszczęśliwi pacjentek

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl




Najwyższa Izba Kontroli skontrolowała 43 z kilkuset oddziałów i szpitali położniczych. Obraz polskiego porodu, jaki wyłania się po tej kontroli, nie jest zły, ale biedni ci pechowcy, których kontrolerzy wybrali.

NIK np. podejrzewa szpital w Wejherowie o korupcję. CBA ma sprawdzić, czy nie doszło do przestępstwa, czyli przyjmowania nienależnych korzyści majątkowych. Cóż takiego robiono w wejherowskim szpitalu? Anestezjolodzy umawiali się z pacjentkami, że za dodatkową opłatą wykonają im do porodu znieczulenie zewnątrzoponowe "na życzenie". Stawka była indywidualnie negocjowana.

Jeszcze cztery inne skontrolowane szpitale pobierały opłaty za znieczulenie, ale Izba nie podejrzewa ich o przestępstwo, tylko o łamanie prawa. Nie poszedł wniosek do CBA, a szpitale wycofały się z pobierania opłat za znieczulenie.

Różnica między podejrzeniem o przestępstwo a "zwykłym" łamaniem prawa polega na tym, że w pozostałych szpitalach stawka za znieczulenie była zryczałtowana i określona z góry dla wszystkich. W Instytucie Matki i Dziecka wynosiła 600 zł, a np. w szpitalu w Radomiu - 300.

NIK uważa, że żadna pacjentka nie powinna dopłacać do porodu, bo łamie to art. 65 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej gwarantujący każdemu ubezpieczonemu równy dostęp do świadczeń i prawo wyboru placówki. Dlatego też opłaty za znieczulenie, za salę o podwyższonym standardzie, za oddzielny pokój z własną łazienką po porodzie, za poród w wannie są nielegalne. Z kontroli wynika, że 12 proc. szpitali żąda nienależnych pieniędzy.

Publiczny ZOZ - czytamy w protokole pokontrolnym - może pobierać opłaty od pacjentów tylko wówczas, kiedy odrębne przepisy na to pozwalają. W przypadku porodów takich przepisów nie ma.

Istotą sprawy jest więc nie to, że publiczny szpital pobiera opłaty, ale że robi to bez przepisów. I zapewne dlatego w jednym szpitalu za poród w wannie pacjentka nie musi płacić, w innym płaci 300 zł. Za oddzielną salę do porodu w niektórych szpitalach nie pobiera się opłat, w innych kosztuje to 300 zł.

O tym, jak wygląda w praktyce prawo wyboru placówki do porodu, napisał nasz czytelnik: "Żeby urodzić na Żelaznej, trzeba opłacić indywidualną opiekę tamtejszej położnej (1600 zł). Dwa lata temu poprzednie dziecko próbowaliśmy urodzić bez ponoszenia tego ogromnego kosztu i nie udało się. Nie było miejsc. Tym razem zdecydowaliśmy się zapłacić i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie problemy zniknęły. Nikt nas nie wyrzucał, nie szukał innych szpitali. To jest szara strefa, układ, szara sieć. Może po prostu trzeba pogodzić się z tym, że korupcja jest nieuchronna".

Żelazna, czyli warszawski Szpital św. Zofii, miała szczęście, bo nie znalazła się na liście kontrolowanych przez NIK placówek. Tu opłaty są najwyższe, ale też opinia pacjentek o szpitalu najlepsza.

Od wielu lat w szpitalach położniczych trwa wolnoamerykanka - jedni dyrektorzy decydują się na obracanie w szarej strefie i pobieranie dodatkowych pieniędzy za bardziej komfortowy poród, inni boją się wychylić. Stawki wyznaczane przez szpitale bardzo się różnią, bo decyduje tu zapewne prawo popytu i podaży. Taki półlegalny rynek.

Jakim prawem szpitale pobierają opłaty od pacjentek? - pytaliśmy kilka lat temu wiceministra z rządu PiS Bolesława Piechę. - Prawem kaduka - odpowiedział i obiecał uporządkować sytuację. Nic w tej sprawie nie zrobił. Zresztą nic w sprawie opłat nie zrobili ani jego poprzednicy, ani następcy. Wygodniej udawać, że problemu nie ma.

W ubiegłym roku w "Wysokich Obcasach" zamieściliśmy dyskusję na temat cesarskich cięć na życzenie pacjentek. Ich też oficjalnie nie ma. Jednak wiadomo, że są, tyle że pieniądze za te cięcia są wręczane nie "na szaro", po ustalonej przez szpital stawce, ale całkiem "na czarno", w kopercie.

Część z tych operacji na życzenie odbywa się dlatego, że kobiety boją się bólu porodowego. Jednak wiceminister Marek Haber tłumaczył, że nie można upowszechnić znieczulenia na życzenie. Nie można, bo brakuje anestezjologów.

Skoro tak, to trzeba pogodzić się z tym, że znieczulenia nie może uzyskać każda pacjentka, która by tego chciała. Jak je zatem dobierać? Jak wybierać pacjentki do sal jednoosobowych, skoro nie ma ich dla wszystkich, a obowiązuje równość dostępu? Drogą losowania? Czy wtedy na pewno dostęp będzie równy?

Być może w myśl sprawiedliwości i równości należałoby zlikwidować możliwość znieczulania do porodu na życzenie i zamknąć na klucz wszystkie sale o podwyższonym standardzie. Tylko że taki sprawiedliwy krok na pewno nie uszczęśliwi pacjentek.

Równość dostępu jest fikcją, skoro mamy szpitale o bardzo różnym standardzie. Na pewno zatem mniejszym złem będzie wydanie przepisów, które pozwolą ucywilizować i legalnie pobierać opłaty za podwyższony standard, niż latami tkwić w hipokryzji.

NIK musi stać na straży obowiązującego prawa, bo do tego została powołana, ale obywatele mają i prawo, i obowiązek domagać się zmiany prawa, jeśli jego przepisy są nieżyciowe i obracają się przeciwko nim.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 148 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':