http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kłamstwa, sztuka i kasety audio

Robert Sankowski
2010-07-26, ostatnia aktualizacja 2010-07-26 10:06

Kiedy na początku lat 80. zaczynałem na poważnie słuchać muzyki, moim podstawowym sprzętem był radiomagnetofon Kasprzak

Robert Sankowski
Robert Sankowski
ZOBACZ TAKŻE
Co prawda monofoniczny, ale za to wyposażony w prawdziwy skarb - wbudowany mikrofon - dzięki czemu można było zabrać go na koncert i trzymając wysoko nad głową, zarejestrować występ (kto choć raz widział zdjęcia z któregoś z ówczesnych Jarocinów, zna ten widok - las rąk z kasprzakami). Potem te i tak fatalnej jakości nagrania kopiowali znajomi, ci przekazywali następnym, a niezliczone kopie kopii, na których czasami już w ogóle nic nie było słychać, krążyły po Polsce, uświadamiając istnienie zespołów, których nie sposób było usłyszeć w radiu.

Ja swojego kasprzaka używałem jeszcze inaczej. Miałem magnetofon, ale nie miałem kabla, który umożliwiałby mi przegrywanie kaset. Wrzucaliśmy więc kasetę do odtwarzacza, przysuwaliśmy kasprzaka do głośnika, naciskaliśmy "record" i fragment cudzej kolekcji nagraniowej stawał się także i mój. Przez głośnik i mikrofon wprost na kasetę. Wielka była radość z posiadania nagrań nieosiągalnych punkowych czy metalowych kapel.

Przypomniałem sobie to wszystko, gdy na wystawie "I Could Live In Africa" w MSN oglądałem słynną pracę Mirosława Filonika "Honoloulou Baboon". Jej centralną postacią jest wielka czarna małpa, którą można obracać dookoła za pomocą zainstalowanej w środku korbki. Małpiszon fikający koziołki na tle tandetnej fototapety z tropikalną plażą robi surrealistyczne wrażenie. Kiczowaty nastrój podkręca dodatkowo hawajska muzyka z magnetofonu. Podobno Filonik też nagrał ją przez mikrofon - oprócz dźwięków ukulele są tam dziwne szumy.

Czy więc przegrywając chałupniczo nagrania tak samo jak Filonik, dokonywaliśmy artystycznej kreacji? Czy za formę artystycznej ekspresji uznać można bohomazy, którymi z nudów albo jakiejś naiwnej estetycznej potrzeby ozdabialiśmy wkładki do naszych kaset? Na "I Could Live In Africa" też można zobaczyć pomalowane kasety - tak ozdabiał je Mirosław Bałka, kolega Filonika z grupy Neue Bieriemeinnost.

"I Could Live In Africa" pokazuje, jak artystyczna awangarda lat 80. sięgała dokładnie po ten sam język, te same środki wyrazu co punkowa subkultura. Negacja kłamstw oficjalnego systemu, kwestionowanie obowiązujących norm, kpina z ustalonych schematów, orientacja na bezpośredni kontakt z odbiorcą, negacja podziału na twórców i biernych adresatów twórczości, etyka "Do It Yourself", estetyka prowokacji, zabawa symbolami, rehabilitacja śmieci jako pełnowartościowego tworzywa - to wszystko okazuje się wspólne.

Te analogie idą dalej - wydawany w nakładzie kilku egzemplarzy, robiony ręcznie na wydrukach z komputera Odra magazyn "Luxus" przypomina punkowe artziny; Zbigniew Libera, dziś klasyk sztuki krytycznej, w połowie lat 80. miał punkowy zespół Sternenhoch; wyświetlany na "I Could Live In Africa" holenderski film o grupie Izrael nakręcony w Warszawie lat 80. (to w nim padają słowa, które dały tytuł całej wystawie) w zależności od kontekstu można oglądać na dwa sposoby - albo jak realistyczny dokument o grupie reggae działającej w PRL-owskiej rzeczywistości, albo jak rejestrację zaaranżowanego artystycznego happeningu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':