Adam Leszczyński: Od lat bada pan postawy wyborcze Polaków. Przez ostatnie trzy tygodnie studiował pan pogłębione dane z ostatnich wyborów. Co one o nas mówią? Czy Polacy zmienili się przez pięć lat od wyboru Lecha Kaczyńskiego? Staliśmy się społeczeństwem bardziej nowoczesnym? Prof. Radosław Markowski: Przede wszystkim rzuca się w oczy problem roli Kościoła w ostatnich wyborach. W badaniach powyborczych odnotowaliśmy niebywały spadek poparcia dla poglądu, że
Kościół powinien odgrywać znaczącą rolę publiczną. Do tego stopnia, że w następnym badaniu z serii Polskiego Generalnego Studium Wyborczego pytania tego nie będziemy zadawać, bo odpowiedzi właściwie nie różnicują Polaków. Co prawda wyborcy Jarosława Kaczyńskiego częściej opowiadają się za tym, że "Kościół powinien mieć znaczny wpływ na sprawy państwa i jego politykę", ale jest ich coraz mniej. Do tego ci, którzy w tych wyborach stanowili nowy (choć nie wiadomo, czy stały) elektorat Kaczyńskiego, już tak nie myślą.
Na stosowanej przez nas od lat 11-stopniowej skali odpowiedzi na to pytanie większość Polaków znalazła się w punkcie 1,37. To wynik bez precedensu, świadczący o całkowitym odrzuceniu przez Polaków politycznego mieszania się Kościoła w sprawy polityczne.
Od 1993 r., kiedy na wielu kościołach wisiała liczba "17" podpowiadająca wyborcom, by głosowali na listę ZChN, tak agresywnego zaangażowania Kościoła w politykę nie było. To wzbudziło reakcję. Nie pierwszy raz zresztą - dzięki pogłębionym analizom wiemy, że znaczny wzrost poparcia dla
SLD między 1991 a 1993 r. w całości można przypisać imperialnym zapędom Kościoła w edukacji, roszczeniach majątkowych i politycznych, a nie - jak wielu sądziło - kwestiom ekonomicznym.
W tych wyborach ludziom nie przeszkadzał, jak sądzę, przekaz czysto religijny, nawet jeśli niezwykle konserwatywny - ale endecko-nacjonalistyczny. A taki właśnie przekaz płynął z ambon - nie wszystkich, ale z dostatecznie wielu, by uznać to za problem. Kościołowi wcale nie chodziło o wartości religijne. Nie o styl życia, podejście do małżeństwa czy prokreacji. Jednoznacznie zagrały pobudki nacjonalistyczne, mrzonki o regionalnej mocarstwowości i wyjątkowości narodu, a już najlepiej jeśli podsycone wrogością do "Ruska" i Niemca...
Jeszcze w 2005 r. opozycja pomiędzy konserwatystą Lechem Kaczyńskim i liberałem Donaldem Tuskiem była wyraźna. Gdyby jednak pan wziął Hiszpana czy Portugalczyka, opisał im życiorysy i dokonania Bronisława Komorowskiego i Jarosława Kaczyńskiego i zapytał, którego poprze Kościół - w 95 proc. odpowiedzieliby: "Komorowskiego".
Księża pomogli Kaczyńskiemu? - Zdecydowanie, chociaż - jak wiemy - nie na tyle, żeby wygrał. Przekaz kościelny przed wyborami kompletnie nie pasował do wyzwań XXI w. Był głosem zagubionej wspólnoty, która nie ma poczucia kontroli nad swoim losem, a nie samodzielnych obywateli.
Ludzie powiedzieli "nie" Kościołowi? - W Polsce była zawsze ogromna niechęć do tego, żeby Kościół mieszał się do polityki. Polacy mogą jednak tę niechęć właściwie wyrazić tylko za pośrednictwem badań opinii publicznej. Mam znajomych, którzy chodzą do kościoła. Skarżyli mi się, że muszą wysłuchiwać politycznych kazań. Zapytałem: "Dlaczego nie przerwiecie księdzu i nie powiecie, że przyszliście tu w celach religijnych?". Uświęcona tradycją relacja między wiernym a proboszczem sprawiła, że tysiące ludzi z zaciśniętymi zębami stało, wysłuchując peanów na cześć Kaczyńskiego.
Do Kościoła w Polsce żadne normalne kryteria państwa prawa, transparencji, demokracji, dobra publicznego się nie odnoszą. Jako obywatel nie mogę zadać nawet pytania o finanse tej instytucji, a są one zupełnie nieprzejrzyste. Słynna Komisja Majątkowa zwracająca majątki Kościołowi, gdy obywatelom II RP wmawia się, że nie mogą odzyskać swej własności, jest daleko posuniętą nieprzyzwoitością. Ale nie sam fakt takiego postępowania tej potężnej instytucji jest ciekawy, tylko zakres społecznego przyzwolenia i oportunizmu. Jestem ciekaw, czy to się teraz zmieni.
Pierwszy raz po wyborach mówię tyle o Kościele, bo wydaje mi się, że następuje właśnie fundamentalna zmiana w stosunku Polaków do tej instytucji, a z pewnością jej publicznego funkcjonowania. Proszę pamiętać, że w pierwszej turze wyborów kandydat Kościoła zyskał tylko 36 proc. głosów, chociaż znacznie większy odsetek Polaków chodzi do kościoła. Kościół musiał się Polakom niesłychanie narazić.
Dwaj kandydaci Polacy odróżniali kandydatów? Obaj są przecież bardzo prawicowi. Część lewicy namawiała, żeby skreślić obu. - Świetnie ich rozróżniali. Dostrzegali też - co ciekawe - większe różnice między kandydatami niż między popierającymi ich partiami. Elektoraty dwóch głównych kandydatów są raczej zbliżone i prawicowe. Jednocześnie jednak - kiedy się Polaków zapyta o autoidentyfikację - to w porównaniu z 2005 r. i 2007 r. stali się znacznie bardziej lewicowi.
Oczywiście te identyfikacje są dość skomplikowane - u nas ok. 20-25 proc. ludzi nie jest w stanie wskazać siebie na skali lewica - prawica. W Polsce tak jak np. na Węgrzech lewicę i prawicę określają głównie kwestie socjokulturowe, a nie ekonomiczne. Tym się różnimy od Czechów i od większości obywateli krajów zachodnioeuropejskich.
Wzrosło jednak bardzo przekonanie, że to, kto rządzi, ma znaczenie. To bardzo ważny wskaźnik zdrowia demokracji - pokazuje poziom alienacji politycznej.
Współczesna politologia pyta o to we wszystkich krajach świata.
Jak ludzie mówią, że nie ma znaczenia, kto rządzi, to znaczy, że uważają, iż cała polityka jest skorumpowana? - To może oznaczać różne rzeczy. Na pewno jest silnie powiązane z poczuciem wpływu na sprawy publiczne i brakiem zainteresowania polityką; ale jest też związane ze strukturalną alternatywnością systemu partyjnego - zdrowa demokracja to taka, w której "podaż polityczna" w postaci programów partii różni się istotnie i merytorycznie.