Siergiej Karaganow Szereg zjawisk i kilka wydarzeń ostatniego czasu zmusza mnie do postawienia przed sobą i czytelnikiem pytania o jedną z najważniejszych przyczyn naszych problemów - naszej niemożności przezwyciężenia dziedzictwa strasznego dla Rosji XX wieku.
Za nami uroczystości z okazji rocznicy Wielkiego Zwycięstwa - niemal jedynego epizodu minionego wieku, którym kraj może bezwarunkowo się szczycić. Skończyła się i dziwna przypominająca, czy to kiepski żart, czy to finezyjną kampanię propagandową, dyskusja o tym, czy wywieszać w Moskwie portrety Stalina.
Kraj w pełni i bez zastrzeżeń przyznał się w końcu do Katynia, okazując szlachetność i współczucie dla polskiego nieszczęścia.
Ale na razie kraj nie może znaleźć w sobie siły, żeby przyznać, że cała
Rosja to wielki Katyń, usiany przede wszystkim bezimiennymi mogiłami milionów ofiar reżimu rządzącego nim przez większą część minionego stulecia. Kraj nie odnosił się do ludu jak do swojego. A lud widział w nim w dużym stopniu represje, nędzę i śmierć. I odnosił się do niego odpowiednio. W tym oczywiście tkwiła najważniejsza przyczyna samorozpadu ZSRR, który powstał na miejscu "wielkiej Rosji", czyli Imperium Rosyjskiego.
W tym też, o czym jestem z roku na rok coraz bardziej przekonany, tkwi jedna z najważniejszych przyczyn obecnego upadku moralności społecznej, wszechobecnego złodziejstwa. Skrycie, ale po części i otwarcie, elita gardzi ludem, lud - elitą.
Przy tym i elita i lud też nie bardzo mają za co siebie szanować. Oczywiście, w Rosji jest niemało wartościowych ludzi. Każdy z nas zna przynajmniej kilku takich ludzi. Ale nie oni stają się twarzą narodu. Przy tym, ich jest coraz mniej. Jedni machają na wszystko ręką i stają się tacy, jak wszyscy, inni są spychani na margines. Trzeci sami rezygnują z aktywności albo wyjeżdżają.
Można szukać źródeł tego stanu dusz w tysiącletniej historii. Trzeba to robić. W tym miejscu skupię się tylko na jednym - dziedzictwie socjalizmu radzieckiego, czyli stalinizmu.
W ostatnim roku stalinizm potępił i prezydent, i premier. A jednak my wszyscy nie możemy zdecydować się na to, by w pełni zrezygnować z tego dziedzictwa, pokajać się za to, że my sami, nasi przodkowie, znęcali się nad samymi sobą, swoim ludem. Mówią, że nie wolno obrażać weteranów. To tchórzliwy i intelektualnie słaby argument. Oznaczający, że nigdy nie będziemy mogli uczciwie spojrzeć na naszą przeszłość, bo potem nie będzie wolno obrażać weteranów epok Chruszczowa i Breżniewa, weteranów szalonych lat 90. i kolejnej epoki wszechobecnej korupcji.
Mówią, że nie wolno dawać pożywki zagranicznym nastrojom rusofobskim. Ale one istnieją obiektywnie, niezależnie od tego, co robimy, czy nie robimy. Rosja to wielki kraj ze skomplikowaną historią. Wokół niej jest niemało krajów, które ucierpiały przez nią. I próbują leczyć swoje kompleksy historyczne jej kosztem. A nastroje antyrosyjskie są silne też i przez to, że my sami nie możemy się rozstać z tym, co w naszej historii najgorsze.
Nie pokłoniwszy się ofiarom stalinizmu, nie przyznawszy swej winy przed nimi, pozostajemy dziedzicami tylko jednej części naszego narodu - ich katów, strażników więziennych, donosicieli, tych, którzy na ochotnika rozkułaczywali, niszczyli świątynie.
Historycy spierają się na temat konkretnych liczb ofiar reżimu radzieckiego - milionów, czy nawet dziesiątków milionów. Dla mnie jednak jedno jest bezsporne. Radziecki reżim stalinowski niszczył przede wszystkim najlepszych ludzi - najbardziej energicznych, pracowitych, wolnych.
My ze smutkiem wspominamy, że większość rodzin rosyjskich, rodzin mieszkańców innych krajów, które powstały w wyniku rozpadu ZSRR, straciło bliskich w latach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Lecz przecież nie mniej rodzin straciło swoich w czasie wojny domowej po rewolucji, kolektywizacji, którą, jak pisał sam Stalin, wymyślono po to, by zniszczyć chłopstwo, klęsk głodu, kilku fal represji.
Po to, by przywrócić nam szacunek do samych siebie, dla przezwyciężenia dziedzictwa przeklętego XX wieku, niezbędna jest nie tylko rehabilitacja ofiar reżimu, lecz także przyznanie się do winy przed nimi. I nadanie im co najmniej takich samych praw, jakie mają pracownicy tyłu, a może i weterani wojny. Oni nie walczyli, bo nie mogli, skoro siedzieli w łagrach. Wydobywali węgiel i rudę, wycinali las, budowali drogi, i tym wszystkim kowali oręż Zwycięstwa.
Być może kraj trzeba obsypać pomnikami ofiar radzieckiego stalinizmu. A obok pomników poległych żołnierzy powinny stanąć krzyże czy obeliski dla uczczenia tych, którzy padli z rąk tego reżimu. Do tej pracy można by zmobilizować nie tyle nowe komsomoły, czy organizacje pionierskie, co rzeczywiście patriotyczne ruchy młodzieżowe. To mogłoby się stać także i ruchem jednoczącym narody byłego ZSRR. Zbliżające nas do naszych, wbrew ich woli, współwięźniów obozu socjalistycznego. Przecież reżim niszczył najlepszych - i Rosjan, i Ukraińców, i Gruzinów, i Estończyków, i Tatarów, i Żydów, i Węgrów, i Polaków, i Czechów. Wśród kątów też byli oni wszyscy.
A ulice rosyjskich miast powinny nosić nie tylko imię Lenina, czy już zupełnie nieziemskich a wszechobecnych Karola Liebkchnechta czy Róży
Luksemburg. Lecz najlepszych cór i synów naszego narodu, zniszczonych przez nas w XX wieku.
Oczywiście, nie powinno być wykreślone i to najlepsze, co było w przeszłym wieku. Imiona Korolewa, Pasternaka, Twardowskiego, Sołżenicyna, Sacharowa i innych służących narodowi. Ale ten wiek był niewątpliwie katastrofą dla Rosji. Od niej czas już najwyższy się odciąć. Jeśli ktoś zechce po staremu sławić imię Stalina, niech sławi. Za to, że jego reżim niszczył nas, łamał. Ale nie złamał ostatecznie.
To, co piszę, jest wezwaniem do tego, by skończyć ze złą przeszłością, a przywrócić sobie to, co było w niej dobre. I wreszcie stworzyć sobie szansę na to, by z czystym sumieniem, a przede wszystkim z szacunkiem dla samych siebie, patrzeć w przyszłość
Oryginalny tekst w języku rosyjskim
patrz tu