http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chiny złamały w Tybecie międzynarodowe prawo

Maria Kruczkowska, Reuters
2010-07-23, ostatnia aktualizacja 2010-07-23 07:26

Lhasa, 2008
Lhasa, 2008
Fot. Rune BACKS AFP

Podczas zamieszek w Lhasie wiosną 2008 r. chińskie siły bezpieczeństwa co najmniej czterokrotnie "otwierały na ślepo ogień do tybetańskich demonstrantów" - mówią świadkowie organizacji Human Rights Watch.

SERWISY
Ponad dwa lata od masowych protestów Tybetańczyków w marcu 2008 r. nadal trudno odtworzyć to, co wydarzyło się w tej autonomicznej prowincji Chin. Władze twierdzą, że przywróciły porządek zgodnie z prawem i że zginęły 22 osoby, sami rdzenni Chińczycy. Rząd tybetański na uchodźstwie mówi, że doszło do masakry i że zabitych zostało co najmniej 200 osób, głównie po ich stronie.

Prawdę mogłoby ustalić niezależne śledztwo, o które apelował sprawozdawca praw człowieka ONZ, na które Pekin jednak się nie zgodził. Gdy wybuchły protesty, władze wprowadziły w regionie blokadę informacyjną: usunięto dziennikarzy, odcięto połączenia internetowe i telefoniczne, ograniczono podróże do Tybetu. Do dziś to region pod specjalną kontrolą, gdzie dziennikarze podróżują tylko w grupach pilotowanych przez chińskie MSZ.

Zrekonstruowania wydarzeń podjęła się Human Rights Watch, największa organizacja obrony praw człowieka na świecie. Oparła się na relacjach 200 naocznych świadków i na nowych oficjalnych chińskich źródłach.

- Strzelali prosto w tłum - mówi 24-letnia mieszkanka Lhasy, która występuje w raporcie pod zmienionym nazwiskiem. - Szli [siły bezpieczeństwa] od ulicy Jiangsu Lu, strzelając do każdego napotkanego Tybetańczyka. Wielu zostało zabitych.

"Chińskie siły bezpieczeństwa złamały prawo międzynarodowe. Uciekły się do nieproporcjonalnej przemocy podczas zamieszek" - brzmi konkluzja 72-stronicowego raportu pt. "Widziałem to na własne oczy: nadużycia sił bezpieczeństwa w Tybecie 2008-2010". HRW wzywa też Pekin do przeprowadzenia śledztwa z udziałem obserwatorów zagranicznych.

Rozmówcy organizacji twierdzą, że dziś w Tybecie rządzi strach - aresztowania i surowe wyroki są na porządku dziennym. Wystarczy podejrzenie o sympatię dla idei niepodległego Tybetu i Dalajlamy, by trafić za kratki. Prześladowane są całe rodziny.

Tybet został zajęty przez chińską armię w latach 1950-51. 10 marca 1959 r. wybuchło tam wielkie antychińskie powstanie, które zostało krwawo stłumione przez Pekin. Dalajlama zdołał wtedy zbiec do Indii, gdzie mieszka do dziś na północy kraju w Dharamsali.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':