Ponad dwa lata od masowych protestów Tybetańczyków w marcu 2008 r. nadal trudno odtworzyć to, co wydarzyło się w tej autonomicznej prowincji Chin. Władze twierdzą, że przywróciły porządek zgodnie z prawem i że zginęły 22 osoby, sami rdzenni Chińczycy. Rząd tybetański na uchodźstwie mówi, że doszło do masakry i że zabitych zostało co najmniej 200 osób, głównie po ich stronie.
Prawdę mogłoby ustalić niezależne śledztwo, o które apelował sprawozdawca praw człowieka ONZ, na które Pekin jednak się nie zgodził. Gdy wybuchły protesty, władze wprowadziły w regionie blokadę informacyjną: usunięto dziennikarzy, odcięto połączenia internetowe i telefoniczne, ograniczono
podróże do Tybetu. Do dziś to region pod specjalną kontrolą, gdzie dziennikarze podróżują tylko w grupach pilotowanych przez chińskie
MSZ.
Zrekonstruowania wydarzeń podjęła się Human Rights Watch, największa organizacja obrony praw człowieka na świecie. Oparła się na relacjach 200 naocznych świadków i na nowych oficjalnych chińskich źródłach.
- Strzelali prosto w tłum - mówi 24-letnia mieszkanka Lhasy, która występuje w raporcie pod zmienionym nazwiskiem. - Szli [siły bezpieczeństwa] od ulicy Jiangsu Lu, strzelając do każdego napotkanego Tybetańczyka. Wielu zostało zabitych.
"Chińskie siły bezpieczeństwa złamały prawo międzynarodowe. Uciekły się do nieproporcjonalnej przemocy podczas zamieszek" - brzmi konkluzja 72-stronicowego raportu pt. "Widziałem to na własne oczy: nadużycia sił bezpieczeństwa w Tybecie 2008-2010". HRW wzywa też Pekin do przeprowadzenia śledztwa z udziałem obserwatorów zagranicznych.
Rozmówcy organizacji twierdzą, że dziś w Tybecie rządzi strach - aresztowania i surowe wyroki są na porządku dziennym. Wystarczy podejrzenie o sympatię dla idei niepodległego Tybetu i Dalajlamy, by trafić za kratki. Prześladowane są całe rodziny.
Tybet został zajęty przez chińską armię w latach 1950-51. 10 marca 1959 r. wybuchło tam wielkie antychińskie powstanie, które zostało krwawo stłumione przez Pekin.
Dalajlama zdołał wtedy zbiec do Indii, gdzie mieszka do dziś na północy kraju w Dharamsali.