Potajemnie porywając rosyjskiego obywatela z terytorium kraju trzeciego Amerykanie rażąco złamali prawo międzynarodowe - oświadczyło wczoraj rosyjskie
MSZ, nazywając sprawę "oczywistym skandalem". Rządowy
dziennik "Rossijskaja Gazieta" szczegółowo opisuje perypetie 41-letniego pilota Konstanitina Jaroszenki w stolicy Liberii Monrowii, podkreślając, że takie historie nie zdarzały się nawet w ponurych czasach zimnej wojny.
Oto pilot po tygodniu bezowocnych prób znalezienia w Afryce kontrahentów, którym mógłby przewieźć coś swoim antonowem 32, odpoczywał podobno w hotelowym pokoju, kiedy nagle drzwi wyważyli amerykańscy wywiadowcy. Rozebrali Jaroszenkę do naga, przywiązali do chybotliwego krzesełka na trzech nogach i zapowiedzieli, że nie dadzą mu jeść, pić, ubrać się ani wstać, dopóki nie podpisze jakiegoś świstka. Sterroryzowany Jaroszenko po dwóch dniach podpisał. Prześladowcy zapakowali go do samolotu i dopiero po wielu godzinach lotu dowiedział się, że jego kolejnym miejscem pobytu będzie areszt na nowojorskim Manhattanie.
Dopiero tam pozwolono mu zadzwonić do rodziny i rosyjskiego konsulatu oraz przydzielono prawnika. A jak zauważa rosyjski MSZ, o aresztowaniu należało poinformować już ambasadę Rosji w Liberii. Przydzielony pilotowi amerykański adwokat z urzędu potwierdza, że istotnie jego klienta po aresztowaniu traktowano źle.
Zupełnie inną wersję wydarzeń przedstawia amerykańska agencja ds. walki z narkotykami. Jej zdaniem Jaroszenko należał do szajki, która już od trzech lat przemycała kokainę z Afryki do
USA i Europy. Tym razem miał przerzucić 6 ton narkotyku o wartości ponad 100 mln dol. z Liberii do Ghany, skąd miały polecieć do USA. Rosjanina zatrzymały władze Liberii, które po dwóch dniach - na mocy nakazu aresztowania z sądu w Nowym Jorku - wydały go Amerykanom.
- Kiedy był w naszych rękach, reguły prawa i konwencja genewska były przestrzegane - zapewnia agencja antynarkotykowa. Jaroszenko nie został rzekomo deportowany do USA, ale "wydalony z Liberii", a w momencie wydalania przejęli go amerykańscy urzędnicy. Teraz grozi mu dożywocie.
Żona pilota Wiktoria skarży się na łamach "Rossijskiej Gaziety", że zarzuty przeciw jej mężowi, który pierwszy raz w życiu był w Liberii, są absurdalne. Gdyby rzeczywiście był tak wielkim przemytnikiem kokainy, rodzina pławiłaby się w luksusie, tymczasem ona musi sprzedać
auto i mieszkanie w Moskwie, by opłacić amerykańskiego adwokata (z przydzielonego z urzędu nie jest zadowolona). Podróż męża do Liberii była finansowym niewypałem - tuż przed aresztowaniem prosił ją o przesłanie pieniędzy pocztą, bo nie miał za co wrócić. Wcześniej codziennie dzwonił do domu i opowiadał o swoich biznesowych porażkach.
Teraz, z nowojorskiego aresztu, może dzwonić tylko minutę dziennie. Opowiada jej o silnej psychologicznej presji, jakiej rzekomo jest poddawany - kiedy poprosił strażnika o tabletkę od bólu głowy, usłyszał, że w ramach leczenia mogą go przenieść na oddział dla najcięższych przestępców.
Piloci wykształceni w byłym ZSRR są cenieni przez wielu przemytników na całym świecie. Pół roku temu władze Tajlandii zatrzymały Białorusina i pięciu Kazachów, którzy przewozili w swoim samolocie 35 ton broni z Korei Północnej. Twierdzili, że wiozą sprzęt do naftowych odwiertów.