Dziennikarz piszący o przyszłości powinien zawsze pamiętać o historycznym artykule z "Variety" wieszczącym koniec mody disco. Autor pisał, że zwyczaj spotykania się w specjalnych lokalach zwanych "dyskotekami" dla tańczenia przy muzyce puszczanej z płyt wszystkim się znudził i nikt o nim nie będzie pamiętał w nadchodzącej dekadzie. Artykuł ukazał się w roku 1969 i w następnej dekadzie autor zapewne nie raz jeszcze musiał się za niego wstydzić.
Z całą pokorą, jaką w dziennikarzach wzbudza (przynajmniej powinna wzbudzać) ta anegdota, zapraszam do lektury tekstu o przyszłości. Być może będzie on kiedyś takim samym pośmiewiskiem jak tekst mego szanownego kolegi z "Variety", ale - trudno. Przyszłość to temat tak ciekawy, że jedna prognoza nie ulega wątpliwości - póki będą istnieć dziennikarze, póty będą o niej pisać.
Około roku 2030
Co wiadomo o przyszłości w miarę na pewno? Że gorącym tematem najbliższej dekady będzie tzw. rzeczywistość wzmocniona, czyli augmented reality. Nieśmiałe przymiarki mamy już teraz.
Na najnowocześniejsze zaawansowane telefony komórkowe (smartfony) takie jak iPhone można ściągnąć aplikację Wikitude. To coś w rodzaju inteligentnego przewodnika turystycznego, który, wiedząc, na co patrzymy (te informacje telefon odczytuje za pomocą kompasu i GPS), wyświetla nam turystyczną informację typu: "Katedra jakaś tam, wybudowana w którymś tam stuleciu...".
Informacja nałożona jest na obraz wyświetlany na ekranie. Bo na tym polega istota "rzeczywistości wzmocnionej" - to po prostu nasza zwykła, szara, prozaiczna rzeczywistość wzmocniona przypisami i komentarzami na ekranie.
Bardziej rozbudowane programy tego typu na tablety takie jak iPad pozwalają na przykład na łatwe rozpoznawanie gwiazd na niebie. Znów: urządzenie, wiedząc, na jaką część nieba właśnie spoglądamy, może nam wyświetlać odpowiadającą jej siatkę gwiazd i planet razem z przypisami. Towarzyszyć im będą linki do odpowiedniej bazy danych, jeśli zechcemy sprawdzić, jak daleko mamy do gwiazd Alkaid albo Dubhe (albo poznać starożytną historię tych nazw). Na razie, jak widać, to tylko ciekawostka dla entuzjastów nauki i techniki. Ale przez pierwsze lata telefonów komórkowych tym samym były "krótkie wiadomości tekstowe", których też prosty człowiek na początku nie umiał nadawać (a nawet odbierać).
Dziś trudno sobie wyobrazić zorganizowanie imprezy towarzyskiej bez wysłania choć jednego SMS-a. Już tylko historycy idei pamiętają, jak funkcjonowała demokracja w zamierzchłych czasach, w których posłowie nie dostawali z centrali krótkich wiadomości z informacją, jak odpowiadać dziennikarzom na dzisiejszy zestaw pytań.
Podobnie będzie z rzeczywistością wzmocnioną: za jakieś 20 lat też nie będziemy sobie umieli wyobrazić codziennego życia bez niej.
Wróćmy do przykładu imprezy towarzyskiej: jaką zmorą dzisiaj są osoby, które witają cię jowialnym: "Cześć, co słychać". Twarz wydaje się niejasno znajoma, ale nawet nie umiesz sobie przypomnieć, czy to znajomość służbowa, towarzyska czy może w ogóle echo po znajomości już dawno temu zerwanej (na przykład lakonicznym SMS-em).
Sytuacja jest okropnie niezręczna, bo nie wypada się przecież przyznać, że nie kojarzymy twarzy z osobą ani nawet imieniem. Tymczasem istnieją już programy komputerowe potrafiące wyłowić i zidentyfikować ludzką twarz.
Dziś nic z tego w praktyce nie wynika, bo przecież wyjęcie z torebki komórki czy zgoła laptopa dla sfotografowania delikwenta jest towarzysko jeszcze bardziej niezręczne od wykrztuszenia z siebie: "Słuchaj, skąd my się właściwie znamy?". Co więcej, programy do rozpoznawania twarzy na razie działają jak inżynier Mamoń, rozpoznają te twarze, które już mają w swoich zasobach (czyli musielibyśmy tę osobę już kiedyś utrwalić i trzymać jej zdjęcie na dysku).
Ale wyobraźmy sobie podobną sytuację około roku 2030. Program komputerowy wyszukuje twarz nie wśród zasobów lokalnych, ale w całym internecie - i szybko podaje nam na tej podstawie, że twarz należy do Zenona B., byłego naszej najlepszej przyjaciółki, który potraktował ją jak ostatnia świnia, a więc nie chcemy z nim gadać.
Program komputerowy informuje nas o tym dyskretnie, wyniki wyszukiwania rzutując na eleganckie okulary w taki sposób, że nikt na zewnątrz nie widzi informacji przeznaczonych tylko dla nas. Informacje pobiera zaś z dyskretnie wbudowanej w oprawkę kamery, wszystkim zaś sterujemy kieszonkowym pilocikiem.
Z komórką pod wodę
Dlaczego takich urządzeń nie robi się już dzisiaj? Są trzy technologiczne problemy, które najprawdopodobniej zostaną przeskoczone w najbliższej dekadzie.
Po pierwsze, tak naprawdę nie umiemy jeszcze robić przezroczystych ekranów. Owszem, w samolotach wojskowych od kilkudziesięciu lat występują systemy HUD (head-up display), które pilotowi pokazują celownik i dane nawigacyjne, ale to jest wielkie, ciężkie, żre mnóstwo prądu i nieprzypadkowo używane jest tylko w samolotach za kilkadziesiąt milionów sztuka.
To się może zmienić bardzo niedługo dzięki technologii OLED. To to samo, co znane już nam diody świecące (LED), tylko że zamiast stosowanych dotąd półprzewodników nieorganicznych używa się w nich polimerów organicznych (stąd literka "o"). OLED są komercyjnie dostępne na rynku od roku 2004, ale to ciągle jeszcze technologia przyszłości.
Dla nas najważniejsze jest to, że w przypadku OLED nie ma technicznych przeciwwskazań, by ekran był przezroczysty. Można go po prostu zrobić z przejrzystego plastiku. Dlatego chociaż dziś okulary ze szkłami będącymi jednocześnie wyświetlaczem cyfrowego gadżetu byłyby kosmicznie drogie, w 2020 czy 2030 będzie to już coś równie taniego jak dziś telefon komórkowy.
Po drugie, tak naprawdę nie umiemy dziś robić dobrych baterii. Dużo mógłby o tym powiedzieć dowolny posiadacz laptopa czy wypasionej komórki - to wszystko tak pięknie wygląda na reklamach, że ktoś jedzie metrem na imprezę i jednocześnie gra w "FarmVille", słucha muzyki i czatuje ze znajomymi na Facebooku. Ale w praktyce rozładuje tym sobie baterię w godzinę i imprezę zacznie od latania po ludziach z rozpaczliwym: "Ma ktoś ładowarkę do samsunga?".
Źródło: Duży Format