- Nie, nie żałuję tego, co zrobiłam. Thomas wolałby pójść do nieba, niż żyć w piekle na ziemi - mówi matka.
21 listopada 2008 r. Frances Inglis, 57-letnia pielęgniarka z Londynu i matka trzech synów, zakradła się do hospicjum w Sawbridgeworth we wschodniej Anglii. Od kilku miesięcy leżał tam w stanie wegetatywnym jej średni syn, 22-letni Thomas.
Chłopak rok wcześniej doznał nieodwracalnego urazu mózgu, gdy wypadł z karetki pogotowia. Samochód wiózł go do szpitala po wypadku w pubie.
Inglis zamieszkała w hospicjum pod fałszywym nazwiskiem i o godz. 17 weszła do sali, gdzie leżał jej syn podłączony do aparatury podtrzymującej życie. Wyszła po 50 minutach. Zaraz potem pielęgniarki zauważyły, że Thomas nie oddycha. Sekcja zwłok wykazała, że powodem zgonu było podanie śmiertelnej dawki heroiny.
Podejrzenia od razu padły na Frances Inglis. Matka przyznała, że wstrzyknęła Thomasowi narkotyk. Tłumaczyła, że uczyniła to z miłości, bo nie mogła znieść cierpień syna. W czasie procesu, który rozpoczął się w styczniu, wyszło na jaw, że była zdesperowana - próbowała zabić syna już we wrześniu 2007 r. Miesiącami przeszukiwała internet, szukając wskazówek w sprawie eutanazji.
Inglis została skazana za morderstwo na dożywocie z możliwością przedterminowego zwolnienia po dziewięciu latach. - Nie jestem morderczynią i nie żałuję tego, co zrobiłam. Jestem matką - broniła się.
Po stronie Inglis stanęła rodzina. Choć najstarszy syn w procesie zeznał, że matka miała obsesję na temat stanu brata, w rozmowie z "Timesem" zapewniał: - Cała rodzina i dziewczyna Thomasa popierają mamę w stu procentach. Ci, którzy kochali mego brata i byli blisko niego, nigdy nie uznają tego, co zrobiła, za morderstwo, ale za odważny czyn podyktowany miłością.
Złożona w lutym apelacja została wczoraj wstępnie rozpatrzona w sądzie wyższej instancji. Prawnik skazanej próbuje przekonać sędziów, by uwzględnili, że Inglis dopuściła się morderstwa z litości. Według obrony kobieta działała pod presją narastającą od miesięcy, bo stan zdrowia syna nie rokował jakiejkolwiek poprawy.
Podobne łagodzące okoliczności bierze się pod uwagę przy zabójstwach, których skutkiem jest przemoc w rodzinie, np. kiedy bita latami żona w końcu morduje męża prześladowcę.
Apelację Inglis poparła organizacja lobbująca za prawem do eutanazji Dignity in Dying. - Sądzono ją z paragrafu o morderstwo, a ten nie bierze pod uwagę ani intencji, ani motywacji - tłumaczyła wczoraj Sarah Wooton z Dignity in Dying.
Co dla prawników stało się batalią na paragrafy, dla opinii publicznej jest przede wszystkim kolejnym przypadkiem eutanazji, o której legalizację na Wyspach spór toczy się od lat.
W tym roku debata stała się niezwykle zacięta za sprawą kilku głośnych przypadków. W lutym znany autor powieści fantasy Terry Pratchett zaproponował powołanie specjalnych trybunałów, które dawałyby zgodę na pomoc w samobójstwie. Zaraz potem dziennikarz i prezenter BBC Ray Gosling przyznał przed kamerą, że zabił z litości cierpiącego na AIDS kochanka.
Prawu do wspomaganego samobójstwa sprzeciwiają się Kościoły katolicki i protestancki oraz organizacje promujące opiekę paliatywną. Jednak z sondaży wynika, że 75 proc. Brytyjczyków eutanazję popiera.
Przeciwne eutanazji są wszystkie główne brytyjskie partie, ale prokuratorzy zyskali swobodę decydowania, czy ścigać krewnych, którzy pomogli osobie śmiertelnie chorej w samobójstwie. Chodzi o tzw. turystykę eutanazyjną, czyli wyjazdy do szwajcarskiej kliniki Dignitas oferującej legalnie pomoc w samobójstwie. Choć życie zakończyło tam już 115 Brytyjczyków, a wielu z nich skorzystało przy tym z pomocy bliskich, prokuratura nie ścigała nikogo.
Źródło: Gazeta Wyborcza