Akcja była świetnie przygotowana. Najpierw około czwartej nad ranem nieznani sprawcy ostrzelali z broni automatycznej i granatnika komendę milicji w powiatowym miasteczku Baksan w republice Kabardo-Bałkaria. Obok budynku wybuchła też bomba. Nikt nie ucierpiał, ale szybko się okazało, że był to tylko pozorny atak, który miał na celu odwrócenie uwagi sił porządkowych.
W tym samym czasie do oddalonej o 15 km od miasteczka, zbudowanej ponad 70 lat temu Baksańskiej Elektrowni Wodnej dwoma
samochodami podjechało pięciu uzbrojonych mężczyzn.
Najpierw zastrzelili dwóch ochroniarzy. Potem związali kierownika zmiany i jego zastępcę. Napastnicy wiedzieli pewnie, że nikogo więcej w elektrowni o tej porze nie ma. 30 ludzi, którzy pracują tu na dziennej zmianie, zjawia się na miejscu dopiero o ósmej.
Terroryści spokojnie podkładali więc ładunki wybuchowe pod generatory stacji. Według niektórych rosyjskich agencji informacyjnych świetnie orientowali się, co znajduje się w maszynowni i gdzie podkładać bomby tak, by wyrządziły jak najwięcej szkody. Według innych torturowali obu pojmanych pracowników elektrowni. Mieli ich ciąć nożami, bić kolbami automatów, zmuszając, by pokazali, gdzie znajdują się słabe miejsca trzech generatorów prądu zainstalowanych w maszynowni.
Podłożyli pięć bomb. Cztery z nich eksplodowały, niszcząc dwa generatory. Jedna nie wybuchła i później rozbroili ją saperzy Federalnej Służby Bezpieczeństwa.
W maszynowni wybuchł silny pożar, niszcząc zainstalowane tam urządzenia. Płonął olej ze zniszczonych eksplozjami generatorów. Strażacy przez kilka godzin nie mogli sobie poradzić z ogniem.
Nikt do wczorajszego wieczora nie przyznał się do zamachu. Rosyjskie media szybko przypomniały jednak, że po potężnej katastrofie w Sajano-Szuszeńskiej Elektrowni Wodnej na syberyjskim Jeniseju (w sierpniu 2009 r.) przywódca kaukaskich dżihadystów Doku Umarow ogłosił, że to jego ludzie dokonali tam dywersji, wysadzając w powietrze generator. Komisja badająca przyczyny katastrofy, która pochłonęła 75 ofiar, szybko jednak orzekła, że żadnej dywersji na Sajano-Szuszeńskiej nie było, a zawiniły źle konserwowane i przestarzałe urządzenia.
Dowódcy czeczeńskich rebeliantów od dawna marzą o tym, że uda im się zadać Rosji bolesne ciosy, niszcząc jej obiekty infrastrukturalne: elektrownie, linie przesyłowe energii elektrycznej, ropociągi czy koleje. Najsłynniejszy z nich Szamil Basajew lubił straszyć Moskwę planowanymi ponoć atakami na elektrownie atomowe.
W ostatnich miesiącach rebelianci chcący zamienić rosyjski Kaukaz w islamski kalifat zaczęli wprowadzać w życie takie pogróżki. Na pierwszy ogień poszły koleje.
Jesienią zeszłego roku wybuch miny podłożonej na trasie Moskwa - Sankt Petersburg wyrzucił z szyn superszybki pociąg "Newski Ekspres". Zginęło wtedy 26 osób. Prowadzący śledztwo winę za zamach przypisują Czeczenom.
Minowanie szyn stało się plagą kaukaskiego Dagestanu. Tam od lipca 2009 r. dywersanci wykoleili już dziesięć pociągów. Rosyjscy dowódcy, chcąc zabezpieczyć szlaki transportu, wypuścili na nie odesłane już do rezerwy dwa pociągi pancerne. Tydzień temu jeden z nich też jednak najechał na minę.
Eksperci ostrzegają jednak, że zamach na hydroelektrownię to otwarcie zupełnie nowego etapu konfliktu kaukaskiego. Według Aleksandra Torszyna, wicemarszałka Rady Federacji i członka Antyterrorystycznego Komitetu Narodowego, taki atak jest operacją znacznie trudniejszą niż napad na posterunek milicji czy nawet podłożenie miny na torach.
- Tu mamy do czynienia ze znakomicie przygotowanymi zawodowcami. Ludźmi wyszkolonymi, wyposażonymi i okrutnymi. Jeśli w podziemiu kaukaskim są tacy fachowcy, to znaczy, że w każdej chwili i w każdym miejscu możemy spodziewać się podobnych ataków. Nikt się tego nie spodziewał, ale teraz może się rozpocząć czarna seria zamachów - twierdzi Torszyn.
Zdaniem Aleksieja Małaszenki, eksperta ds. Kaukazu pracującego w moskiewskim centrum Fundacji Carnegie, wczorajszy atak nie powinien być zaskoczeniem. Małaszenko przypomina: - Jeszcze rok temu Doku Umarow zapowiedział, że jego ludzie będą bić w czułe miejsca Rosji takie jak koleje i elektrownie. Bo w ten sposób stosunkowo niewielkim kosztem można wyrządzić ogromne szkody. Ten plan jest realizowany. I wcale się nie zdziwię, jeśli jutro, pojutrze dojdzie do podobnej dywersji na samym Kaukazie czy gdzie indziej. Uważam, że po tym, co się stało w środę, koniecznie trzeba wzmocnić ochronę elektrowni, ujęć wody, szlaków kolejowych, mostów.
Wicepremier Igor Sieczyn zapewnił wczoraj, że do ochrony wszystkich obiektów energetycznych w Rosji skierowano już dodatkowe siły.
Najgłośniejszym atakiem dokonanym przez islamskich terrorystów w ostatnich latach był zamachy w moskiewskim metrze w marcu br. W dwóch różnych pociągach wysadziły się wtedy samobójczynie - wdowy po zastrzelonych wcześniej przez Rosjan kaukaskich rebeliantach - zabijając 39 osób, a ponad 100 raniąc. Odpowiedzialność za atak wziął na siebie Umarow.