Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Pewien zdolny choć niedoceniony reżyser o pretensjach literackich został porzucony przez kobietę. Ona piękna i młoda, on zgorzkniały i stary. Dla niej związek z reżyserem jest zamkniętym rozdziałem życia. Dla niego nie. Rozpamiętuje i wzdycha. Próbuje ją odzyskać. Bezskutecznie. Więc postanawia się zemścić. Filmem nie może, bo nikt mu już na film pieniędzy nie da. Chwyta się więc pióra. Bo taniej to i łatwiej. Niby pisze fabularyzowaną biografię, coś o filmowcu w jego wieku i refleksjach nad przemijającym życiem. Ale naprawdę chodzi mu tylko o jedno. Żeby ją też bolało.
Tworzy postać dziewczyny - wypisz wymaluj jak Ona. Czytelnik nie będzie miał wątpliwości. Ona to osoba publiczna. Oprócz wielu cech, które każdy czytelnik może w Niej rozpoznać, porzucony kochanek dodaje jednak nowe. Obraża ją jak potrafi. Przypisuje jej wszystkie grzechy wszystkich kobiet świata. Książka ukazuje się nakładem "Krytyki Politycznej".
Napisane, by zranić Czy tak się zdarzyło naprawdę? "Jakiekolwiek podobieństwa opisanych w tym tekście postaci do osób żyjących mogłyby być tylko dziełem przypadku" - mogę się zastrzec tak jak Andrzej Żuławski w swojej książce "Nocnik". Ale tak się składa, że historia ta skojarzyła mi się z wydarzeniami ostatnich dni.
Sąd Apelacyjny w Warszawie zakazał rozpowszechniania powieści Żuławskiego. Stało się tak na wniosek Weroniki Rosati. Aktorka uważa, że została w tej książce opisana jako postać Esterki i przez Żuławskiego oczerniona. Czuje się obrażona i ma powody. Nie będę na dowód przytaczała fragmentów, bo są zwyczajnie niefajne. Czytałam tę książkę ze smutkiem. Z każdego, nawet najbardziej obelżywego zdania poświęconego Esterce/Weronice, przebija wielka, nieodwzajemniona miłość. Ale cierpiący mężczyzna ma wiele możliwości autoterapii. Niektórym pomaga alkohol, innym praca, a jeszcze innym nowy romans. Żuławski wybrał publiczne zniesławienie ubrane w pozory literatury. Szkoda, bo czytając "Nocnik" Żuławskiego-literata omal nie straciłam resztek szacunku dla Żuławskiego-reżysera. A reżyserem potrafił być świetnym. Jego "Wierność" i "Moje noce są piękniejsze niż wasze dni" zaliczam do 10 najlepszych filmów, jakie widziałam.
Media, opisując decyzję sądu, sugerują, że mamy do czynienia z cenzurą. Oto pierwszy raz od 1989 roku polski sąd zakazał rozpowszechniania fikcji literackiej. Ale żeby mieć do czynienia z fikcją literacką, potrzebna jest literatura. "Nocnik" literaturą nie jest. Mówiąc otwarcie, to zbiór pretensjonalnych, pseudointelektualnych wypocin, które napisane zostały w jednym celu: by zranić.
''Nocnik'' jak fotomontaż Tabloidy, oskarżane i skazywane przez sąd za naruszanie prywatności, dotykają przynajmniej części prawdy. Pokazują zdjęcia, na których celebryci wyglądają nieatrakcyjnie, albo nietrzeźwo, ale paparazzi nie stosują fotomontażu. Żuławski nie tylko pokazał Weronikę Rosati w najgorszym możliwym świetle, ale właśnie posłużył się do tego czymś na kształt fotomontażu.
Decyzja Sądu Apelacyjnego to nie jest cenzura. To tylko ochrona udzielona osobie napadniętej. Wyraz niezgody na używanie tego rodzaju metod w celu załatwienia prywatnych porachunków. Załóżmy na chwilę, choć w to nie wierzę, że wszystko, co napisał Żuławski, to prawda. Czym wtedy różniłby się od porzuconych kochanków, którzy kiedyś - korzystając z zaufania partnerów - zrobili im intymne zdjęcia, a dziś w ramach zemsty publikują je w internecie? Na nich też jest już paragraf. I słusznie. Głośno było o dziewczynce, która nękana w ten sposób przez kolegów popełniła samobójstwo. Czy sytuacja Weroniki Rosati nie jest przypadkiem podobna?
Aktorka zabiegała wcześniej o zakaz publikacji, w ramach tzw. zabezpieczenia powództwa. Sąd Okręgowy w Warszawie - podobnie jak w sprawie książki Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim - jej wniosek odrzucił. Porównania przypadku "Nocnika" do sądowej cenzury prewencyjnej, jaka dotknęła głośny film Henryka Dederki o Amwayu, są więc kompletnie nietrafne.
Gdzie te wszystkie feministki? Ciekawe jest to, jak na publikację "Nocnika" zareagowały feministki. A właściwie, jak nie zareagowały. W "Krytyce Politycznej", która wydała "Nocnik", jest ich przecież wiele. Ich komentarzy do decyzji sądu brak. Wypowiedziała się tylko Agata Szczęśniak. Jest zdziwiona. Twierdzi, że Esterka nie jest portretem realnej osoby, że "to raczej typ młodej kobiety, która robi karierę w show biznesie". Albo Agata Szczęśniak nie czytała książki, albo kombinuje jak łysy koń pod górkę. Nawet autor nie twierdzi, że jego Esterka nie jest Weroniką. Dlaczego więc Szczęśniak nie chce przyznać, że Weronika Rosati została skrzywdzona? Dlaczego feministki nie bronią kobiety napadniętej przez odrzuconego samca?
Wygląda na to, że aktorka nie spełnia podstawowych kryteriów kobiety prześladowanej: nie jest samotną matką na zasiłku z sześciorgiem dzieci na utrzymaniu, nie została oskarżona przez kościół o zamach na życie poczęte, nie była molestowana przez pracodawcę i nie należy do żadnej mniejszości seksualnej. Jest młodą, piękną, wyzwoloną, zamożną, heteroseksualną kobietą i robi karierę. Więc sama jest sobie winna.
Jak zgwałcona, która sama sobie winna, bo "miała za krótka spódniczkę".