- Czuję się tak, jakbym żył w jakimś Chicago - mówi jeden ze sklepikarzy z Villeneuve, zamieszkanej przez imigrantów miejscowości na przedmieściach Grenoble. W ciągu ostatnich miesięcy obserwował, jak wojna imigranckich gangów przybierała na sile, mnożyły się napady i uliczne bójki.
W miniony piątek Villeneuve eksplodowało. Młodzi imigranci wyszli na ulicę i zaczęli bić się z policją. Bilans kilkudniowych starć: 80 spalonych samochodów, kilkunastu rannych oraz kilkadziesiąt splądrowanych sklepów.
Zaczęło się tak samo jak podczas zamieszek, które w poprzednich latach wybuchały na zamieszkanych głównie przez imigrantów przedmieściach francuskich metropolii. W piątek dwóch Francuzów arabskiego pochodzenia z Villeneuve napadło na kasyno pod Grenoble, skąd zrabowali 40 tys. euro. Podczas ucieczki zaczęli strzelać do ścigających ich policjantów. Ci odpowiedzieli ogniem i zabili jednego z rabusiów - 27-letniego Karima Boudoudę.
Boudouda miał wprawdzie na koncie już trzy wyroki za napad z bronią w ręku, a do policji strzelał z kałasznikowa, ale Villeneuve uznało go za ofiarę policyjnego terroru. - Policja zabiła go, bo był Arabem - powtarzali ludzie na ulicy.
W nocy z piątku na sobotę imigrancka młodzież zaczęła demolować miasteczko. Paliła
samochody, wybijała witryny sklepów. Gdy na miejsce przyjechała policja, naprzeciw niej wyszła grupa 40 osób z bronią palną. - Strzelali z dachów. Nie mamy wątpliwości, że chcieli pozabijać naszych ludzi - mówi Brigitte Jullien odpowiedzialna we władzach departamentu Isere za bezpieczeństwo publiczne.
Mieszkańcy opowiadali, że przez całą noc w miasteczku było słychać strzały i że bali się wychodzić z domów.
Po całonocnym polowaniu na strzelców wydawało się, że w Villeneuve zapanował spokój. Do miasta ściągnięto posiłki, przyjechał też szef francuskiego MSW Brice Hortefeux. - Hołota i przestępcy nie mają szans, bo władza zawsze wygrywa - zapewniał.
Ale w nocy z niedzieli na poniedziałek w Villeneuve znowu ktoś ostrzelał
policyjny patrol. Mieszkańcy boją się, że w ich mieście rozegra się podobny scenariusz jak w Clichy pod Paryżem w 2005 r. Tam uliczne walki trwały prawie miesiąc.
Takich punktów zapalnych jak Villeneuve jest według wyliczeń francuskiego MSW aż 751. To dawne dzielnice robotnicze, w których w latach 60. osiedlili się imigranci z byłych francuskich kolonii. Zamieniły się w getta, w których panuje bieda i wysokie
bezrobocie. Młodzi imigranci bez wykształcenia, pracy i perspektyw popadają w konflikt z prawem. W siłę rosną lokalne gangi. Rok temu oceniano, że na przedmieściach wielkich miast działa ich ponad 200, w większości zajmują się handlem narkotykami.
- Te problemy będą się nasilać, bo od 2000 r. obserwujemy społeczną degradację przedmieść. Młodzi ludzie wyglądają na takich, którzy nie mają nic do stracenia. Nie wahają się wziąć do ręki strzelby, nie boją się surowych kar jak te, które zasądzono po zamieszkach w Villiers-le-Bel - mówi Laurent Mucchielli, socjolog zajmujący przestępczością wśród imigrantów.
W podparyskim Villiers-le-Bel zamieszki wybuchły jesienią 2007 r., gdy dwóch młodych Arabów podczas ucieczki przed policją rozbiło się na skradzionym skuterze. Wtedy ulica też winiła o ich śmierć policję, zamieszki trwały kilka dni. Sądy skazały potem kilku podpalaczy i rabusiów na 15 lat odsiadki. Wówczas prezydent Nicolas Sarkozy zapowiadał "plan Marshalla dla przedmieść" - wpompowanie miliardów euro w inwestycje, by zmniejszyć bezrobocie i zniechęcić młodych imigrantów do przemocy.
Na zapowiedziach się skończyło, bo nie udało się znaleźć pieniędzy.
Przemoc rośnie, liczba ataków na policjantów dawno przekroczyła 60 tys. rocznie. - Polityka bezpieczeństwa lansowana przez Sarkozy'ego poniosła porażkę - mówią zgodnie opozycyjni socjaliści i skrajnie prawicowy Front Narodowy. Politycy tego ostatniego żądają ostatecznej rozprawy z bandami.
Ale Mucchielli nie ma wątpliwości: - To, że da się zaprowadzić porządek za pomocą policyjnej pałki, to mit. Trzeba inwestować w mieszkańców przedmieść, pomagać im wychodzić z getta.
Francuskie media twierdzą, że w obliczu dramatycznego spadku poparcia i zarzutami o nielegalne finansowanie partii Sarkozy wybierze drogę konfrontacji. Prezydent będzie chciał w ten sposób pokazać wyborcom, że nie ustępuje bandytom.