Sobota, 13.30, plac Bankowy. Ruszamy spod zamkniętego na cztery spusty ratusza. Na platformie z polityków tylko
SLD (
Ryszard Kalisz na biało),
SdPl (Wojciech Filemonowicz), Partia Zielonych (Agnieszka Grzybek) plus paru eurodeputowanych i kilku niemieckich posłów.
Kolorowa młodzież. Dyskotekowa
muzyka. Obok mnie wygina ciało Marta Konarzewska ("Jestem nauczycielką, jestem lesbijką" - tytuł swego tekstu z "Gazety" ma na koszulce). Po lewej para z gejowskiego chóru z Londynu, grubszy siedzi na krzesełku.
Zabawa, radość, karnawał. Nie tylko młodzi. Nieliczni przebrani, zero golizny, nie licząc dwóch gejów w czerwonych majtkach i butach na koturnie. Koszulki: "Tak, jestem tym, kim myślisz"; transparenty: "Pod Grunwaldem też walczyli geje", "Polska kolonią Watykanu".
Wjeżdżamy w Marszałkowską.
Petarda, ludzie uskakują przed płomieniami. Przesada z tą radością - myślę. Ktoś polewa nas wodą. Po chwili orientuję się, że to lecą butelki.
Coś świszcze nad głową. Ściągam Martę na podłogę, jest już umazana żółtkiem. Atak kończy się po kilku chwilach. Zza szpaleru policji miga tekst "Pedały do gazu".
Gruby mężczyzna płacze. Białym ręczniczkiem ściera krew z głowy. Cały się trzęsie. Krwawić będzie z pół godziny. Dopiero pod koniec parady odważy się wstać, wychylić i pomachać.
A my machamy bez przerwy tęczowymi chorągiewkami, pokazujemy znak "V". Wchodzimy w setki krótkich dialogów - spojrzeniem, gestem naśladując wzajemnie taneczne ruchy - z konkretnymi osobami, które idą obok, stoją na chodniku, siedzą w kawiarniach, wyglądają z okien.
Mam ich w oczach: w większości piękni dwudziestoletni, ale i pokolenie rodziców się trafia. Wiktor Dynarski z fundacji Transfuzja ściska za rękę swego szczupłego partnera ze Słowacji. Rozszalała para z dwuletnim może dzieckiem, które wyrywa się na platformę. Najpiękniej tańczy dziewczyna w dżinsach i białych trampkach.
Kilka godzin mija błyskiem.
Plac Konstytucji. Parada się cieszy, śmieje, jest z siebie dumna. Wjeżdżają kolejne platformy.
- Miasto nie zgodziło się na trybunę - mówi mi Tomek Bączkowski z Fundacji Równości, główny organizator. Co im szkodziło?
Wreszcie poznaję jego zaślubionego w Niemczech partnera, nauczyciela z żydowskiej szkoły w Berlinie (- I love teaching! - przekrzykuje muzykę).
Tryska woda ze szlauchu. Ludzie się kąpią, wygłupiają.
Przemawiamy z platformy.
Eurodeputowani są dumni z Warszawy. Wiktor Osiatyński z żoną Ewą Woydyłło przedstawiają się jako szczęśliwe małżeństwo hetero (aplauz). Życzą wszystkim, by mogli żyć w takich pełnych miłości legalnych związkach.
Zaraz moja kolej. Przelatuję wzrokiem przygotowany tekst:
„Po co się przebrałem? Chciałem w ten sposób poczuć się w waszej skórze. Od jakiegoś czasu bronię piórem praw ludzi, którzy urodzili się ze » złą orientacją «. To już nie wymaga odwagi, co najwyżej uwagi. Ale przebrać się w sukienkę na stare lata to jest wyzwanie. Pamiętajcie, że jestem z generacji, która nie wiedziała, że geje są na świecie, podobnie jak nie wiedziała o istnieniu Żydów. Komuna dbała o samopoczucie młodzieży”.
Taki początek wydaje mi się nie na miejscu, tu nie trzeba się z niczego tłumaczyć, a mini okazała się idealna na taki upał.
„Na paradzie czujemy się bezpiecznie, ale gdy tu szedłem, ktoś zawołał: » Ty pedale! «. Poczułem lęk i poczułem wstyd, że się boję. I wstyd, że jest się czego bać”.