Zamachowiec, który wysadził się w niedzielę rano na posterunku irackiej armii w Radwanii, na południowy zachód od Bagdadu, wyjątkowo precyzyjnie wybrał czas i miejsce ataku. Dokładnie o tej porze po wypłatę ustawił się tłum członków Przebudzenia, czyli sunnickiej milicji do niedawna na usługach Amerykanów, a teraz irackiego rządu.
Kiedy zamachowiec zdetonował ukryty pod ubraniem ładunek, w wybuchu zginęły 43 osoby, drugie tyle zostało rannych.
Dwie godziny później inny terrorysta wysadził się w mieście Al-Kaim na zachodzie kraju. Wszedł do budynku, gdzie zgromadzili się członkowie Przebudzenia, najpierw ostrzelał ich z automatu, potem odpalił ładunek. Zginęło siedem osób, kilkanaście jest rannych.
Takich ataków jest w Iraku coraz więcej. Mściciele z Al-Kaidy atakują dawnych kolegów po fachu, czyli członków spontanicznie skrzykniętej w 2006 r. sunnickiej milicji plemiennej Przebudzenie, znanej też jako Synowie Iraku. To właśnie oni w 2007 r. przeszli na stronę Amerykanów, którzy pieniędzmi i obietnicami przyszłej pracy w policji i lokalnej administracji namówili ich do współpracy.
Pomysł amerykańskich dowódców, by zatrudnić niedawnych wrogów, okazał się strzałem w dziesiątkę. W latach 2007-08, m.in. dzięki zbieranym przez nich informacjom o metodach działania Al-Kaidy, Amerykanom udało się rozpracować iracką filię siatki Osamy ben Ladena.
Pod koniec 2008 r., kiedy sytuacja w kraju wyraźnie się ustabilizowała, Amerykanie przekazali niepotrzebne już Przebudzenie irackiemu rządowi, w większości złożonemu z dominujących w kraju szyitów, którym od początku nie w smak były sunnickie milicje.
Od tego czasu los Synów Iraku wyraźnie się pogorszył. Rząd ociąga się, jak może, z wypłacaniem im obiecanych 100 dol. żołdu miesięcznie (Amerykanie płacili 300 dol.), nic nie wyszło też z obiecanych intratnych posad w policji i lokalnej administracji. Nic dziwnego, że sunnici czują się coraz bardziej oszukani - mocno narazili się dawnym kolegom z Al-Kaidy, nie zyskując nic w zamian.
Irackie władze nie mogą jednak bez końca bagatelizować problemu Przebudzenia, bo chodzi o prawie 100 tys. coraz bardziej sfrustrowanych i przerażonych zemstą Al-Kaidy ludzi, którzy w każdej chwili mogą zagrozić rządowi. Jeśli taki się wreszcie w Iraku wyłoni.
Jak dotąd od kilku miesięcy w kraju panuje bowiem całkowity polityczny impas. Od wyborów parlamentarnych 7 marca do tej pory nie udało się stworzyć rządu, bo każdy z szefów dwóch zwycięskich bloków, Ijad Alawi i Nuri Al-Maliki, upiera się, że to on powinien zostać premierem. Wygląda na to, że nie na żarty skłócone partie szyitów, sunnitów i Kurdów nie są po prostu w stanie porozumieć się i stworzyć stabilnej koalicji.
W efekcie napięcie między największymi blokami religijnymi w kraju znowu rośnie. Szyici, których jest większość, za rządów sunnity Saddama Husajna byli dyskryminowani i prześladowani. Teraz drażni ich, że choć powinni wygrywać każde wybory, muszą dzielić się władzą z sunnitami. Jak w ostatnich wyborach, które dały większość partii sprzymierzonego z sunnitami Ijada Alawiego.
Z kolei sunnickim rebeliantom nie podoba się, że szyici, dla których obalenie Saddama było wybawieniem, od początku chętnie zaakceptowali nowe porządki. W ubiegłym tygodniu w serii zamachów na szyickich pielgrzymów zginęło prawie 70 osób.
Źródło: Gazeta Wyborcza