- Powiedzmy to wreszcie głośno: Tusk z Putinem ukartowali tę zbrodnię. To oni zabili naszego prezydenta - powiedział jeden z warszawiaków czuwających pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu dziennikarce "Gazety".
Krzyż przed Pałacem Prezydenckim jest oczywiście symbolem politycznym. Pisanie, że powinien znaleźć się w kościele, bo jest symbolem religijnym - co przez ostatni tydzień uprawiali różni dobroduszni publicyści - to zaklinanie rzeczywistości.
Ludzie dyżurują w nocy przed krzyżem, bojąc się, że władza spróbuje go usunąć po kryjomu. Staje się coraz bardziej jasne, że krzyż trudno będzie ruszyć - przepraszam, przenieść z należnym mu szacunkiem do jednego z pobliskich kościołów - bez ogromnej awantury.
- Już czas go przenieść, bo wyzwala zbyt duże emocje - mówią harcerze, którzy ustawili go przed pałacem w dniach żałoby, i którzy przez to uwolnili uczucia, nad którymi nikt już chyba - nawet ojciec Rydzyk - nie ma kontroli.
Za późno. Sprawa harcerzy przerosła. Dziś nie mają już nic do gadania.
Emocje "obrońców krzyża", co ciekawe, prawie nie uwalniają się w mediach - także tych, które wyraźnie sympatyzowały z PiS (nawet Paweł Lisicki w "Rzeczpospolitej" pisał, że krzyż należy przenieść). Wylewają się za to obficie z internetowych blogów i forów dyskusyjnych. W porównaniu z nimi nawet "Nasz Dziennik", od miesięcy dający pożywkę najbardziej absurdalnym teoriom spiskowym o smoleńskiej katastrofie, to oaza wstrzemięźliwości i dobrych manier.
Co ci ludzie czują? Oto reprezentatywny cytat.
„Pamiętam różne obrony Krzyży” - pisze na zdominowanym przez prawicę „Salonie 24” niejaki „Barbarus”. „Pierwsza - to w latach 60. obrona Krzyża na Bulwarach Wiślanych w Krakowie i najsłynniejsza obrona Krzyża w Nowej Hucie (jest tam teraz nawet ulica Obrońców Krzyża!). Były to oczywiście czasy »głębokiej komuny «. W atakach na »polską ciemnotę podpuszczaną przez nieodpowiedzialnych kapłanów « celował oczywiście organ KW PZPR w Krakowie (...) Główna teza była taka sama jak dziś w »Gazecie Wyborczej « czy »TVN24 « - miejsce Krzyży jest w Kościołach, a nie na ulicach (dziś mówi się o przestrzeni publicznej). (...) Zupełnie, jakby nic się nie zmieniło! Historia śmieje się z nas w kułak, że znów nikogo niczego nie nauczyła!”.
W tej i wielu podobnych wypowiedziach krzyż pojawia się w dwóch symbolicznych wymiarach, które się dopełniają. Po pierwsze - jako znak oporu przeciw władzy, zwłaszcza władzy, która jest narodowo i kulturowo obca, nawet jeśli ma polskie paszporty. Po drugie - jako znak polskości.
Co myśli Polak katolik To obraz zakorzeniony głęboko. Gdzieś w głębinach duszy - nawet u ludzi niewykształconych - siedzi pamięć, że sto lat temu z okładem Polacy katolicy byli prześladowani przez protestanckich Niemców i prawosławnych Rosjan, i że wtedy dokonała się ostateczna fuzja wiary rzymskiej i Narodu (koniecznie "Narodu", a nie "narodu"). Starsi ludzie pamiętają, jak w czasach komuny Gomułka aresztował obraz częstochowskiej Madonny i jak
SB próbowała usuwać krzyż z miejsca, na którym w Nowej Hucie - socjalistycznym mieście, w którym miało nie być świątyni - wierni chcieli go wybudować.
Pojawiają się też przykłady nowsze: krzyż upamiętniający zamordowanych w Katyniu, który nocami komunistyczna tajna policja wywoziła z Cmentarza Wojskowego na warszawskich Powązkach. Potem - już po 1989 r. - spór o krzyż na koronie orła w polskim godle.
Tę historię sprzed dwudziestu lat warto krótko przypomnieć, bo dobrze ilustruje ciągłość pomiędzy dzisiejszymi dyżurami przed krzyżem na Krakowskim Przedmieściu a postawami i przekonaniami, które w polityce polskiej zalegają "od zawsze". W lutym 1990 r. trzech posłów ówczesnego Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego - Marek Jurek,
Stefan Niesiołowski i Jan Łopuszański - w czasie dyskusji nad zmianą peerelowskiego godła chciało przywrócenia orłu korony zamkniętej z krzyżem. Argument? To przecież oczywiste - jak powiedział z trybuny sejmowej Marek Jurek: "Tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem". "Taka dyskusja w Sejmie jest niedopuszczalna" - protestowała wtedy bezsilnie Józefa Hennelowa, posłanka OKP i redaktorka katolickiego "Tygodnika Powszechnego".
Przed głosowaniem Łopuszański zwrócił się do posłów z dawnej PZPR: "To głosowanie powinno odbyć się bez państwa, zrobilibyście dobrze, wstrzymując się od głosu". Komunikat jasny: jesteście pseudo-Polakami, nie macie moralnego prawa głosu w tej sprawie. Wybuchła awantura. Obrażeni posłowie zaczęli wychodzić z sali. "Godło powinno być z krzyżem" - perorował Jurek.
Orzeł z PRL w końcu dostał przedwojenną koronę, ale bez krzyża (316 głosami za, 3 przeciw, wstrzymało się 52 posłów). Henryk Wujec z OKP oświadczył, że Łopuszański wystąpił we własnym imieniu, a klub nie podziela jego zdania.
Potem jeszcze była prowadzona przez Kazimierza Świtonia "obrona krzyży" na żwirowisku w Oświęcimiu - wbrew woli Kościoła, wytrwale, aż do ostatniego, groteskowego i desperackiego aktu, w którym protestujący ogłosił, że się zaminował i trzeba było do niego wzywać saperów. A całkiem niedawno - wyrok Trybunału w Strasburgu, który nakazał usunięcie krzyża ze szkolnej klasy.
Że te wszystkie przypadki mają ze sobą mało wspólnego? Że nic nie łączy SB wywożącego krzyż w nocy z cmentarza w latach 80. z przeniesieniem, za zgodą Kościoła i demokratycznie wybranych władz Rzeczypospolitej, krzyża poświęconego pamięci ofiar katastrofy sprzed Pałacu Prezydenckiego?
Otóż łączy, jeżeli ktoś wierzy w manichejski dualizm złego, współczesnego świata i naszej, polskiej i katolickiej wspólnoty. W tej narracji Bruksela może być spadkobierczynią Moskwy, a Tusk i Komorowski - komunistycznej, narzuconej przez Rosjan władzy. To jasne, bo przecież - jak mówił poseł Brudziński - Tusk ściskał się z Putinem w Smoleńsku, kiedy obok trup prezydenta leżał na błocie w "ruskiej trumnie".
Dlatego też dziennikarka "Gazety" usłyszała na Krakowskim Przedmieściu, że Tusk chce usunąć krzyż przed gejowską paradą: "Tym gejom i lesbijkom święty znak będzie przeszkadzał w kopulowaniu na ruchomych platformach. Nie pozwolimy. Tu jest Polska, a nie Izrael".
W oczach strażników krzyża na Krakowskim Przedmieściu cała obcość świata - żydzi, geje, bezbożna Europa, Ruscy, ich polscy namiestnicy - łączy się w walce ze świętym znakiem, który zmienia się w znak protestu wobec świeckiego, kosmopolitycznego, nowoczesnego otoczenia, które jest im obce i które odrzucają.