Szeroko uśmiechnięty mężczyzna w jasnym garniturze z wieńcem na piersiach podnosi w górę rękę w geście zwycięstwa, po czym czule wita się z żoną i siedmioletnim zapłakanym synkiem. W zgromadzonym na lotnisku tłumie jest nawet wiceszef irańskiego
MSZ.
- Przeżyłem koszmar, brutalne przesłuchiwania, psychiczne i tortury fizyczne - opowiadał tuż po przylocie Szahram Amiri, 32-letni ceniony fizyk z uniwersytetu w Teheranie, współpracujący z irańską Agencją Energii Atomowej. - Amerykańscy i izraelscy agenci robili wszystko, by zmusić mnie do zdrady i oświadczenia, że sam uciekłem do
USA - zapewnił.
Wersja Amiriego jest jednak mało spójna. Kiedy już opowiedział, jak był pilnowany i torturowany, stwierdził nagle, że
CIA proponowała mu 50 mln dol, byle tylko zgodził się zostać w USA. Nie potrafił też wytłumaczyć, jak zdołał przechytrzyć rzekomych oprawców i uciec, a następnie bez przeszkód wyjechać z Ameryki.
Przez ostatni rok historia irańskiego naukowca coraz bardziej przypominała scenariusz filmu szpiegowskiego. W zeszłym roku pojechał na pielgrzymkę do Mekki, gdzie ślad po nim zaginął. Teheran natychmiast obwieścił, że został porwany przez CIA przy pomocy saudyjskich służb specjalnych. Od tej pory Irańczycy przekonywali, że to Amerykanie przetrzymują Amiriego i przemocą wyciągają z niego sekrety irańskiego programu atomowego.
Waszyngton od początku zaprzeczał doniesieniom o porwaniu. W marcu
telewizja ABC News podała, że naukowiec z własnej woli przyjechał do Ameryki i z własnej woli współpracuje z CIA. W czerwcu sprawa jeszcze bardziej się zagmatwała. W internecie pojawiły się trzy nagrania, a na każdym z nich Amiri albo ktoś bardzo do niego podobny opowiadał inną wersję losów Irańczyka.
Pierwszy film potwierdzał teorię Teheranu o porwaniu przez Amerykanów i torturach. Tę wersję natychmiast podchwyciły irańskie media. W drugim Amiri opowiadał, że z własnej woli uciekł na Zachód i żyje szczęśliwie w Arizonie. W trzecim filmie kolejny raz mówił, że został porwany i chwalił się, że właśnie uciekł porywaczom.
Dwa tygodnie po ukazaniu się ostatniego nagrania naukowiec niespodziewanie zjawił się w pakistańskiej ambasadzie w Waszyngtonie (
Iran nie ma ambasady w USA, jego interesy reprezentuje pakistańska placówka). Powtórzył, że uciekł z amerykańskiej niewoli, i poprosił o niezwłoczne odesłanie go do domu. Już następnego dnia odleciał z Ameryki, wczoraj wylądował w Teheranie, gdzie przyjęto go jak bohatera. Anonimowe źródła w administracji USA przyznają, że Amiri zanim zerwał współpracę i wrócił do kraju, zdążył przekazać CIA "użyteczne informacje". Według dziennikarzy "Washington Post" został za nie sowicie nagrodzony - za ponad roczną współpracę miał dostać 5 mln dol. Jednak według dziennika naukowiec prawdopodobnie nie ma w tej chwili dostępu do tych pieniędzy. - Wszystko, co zarobił, jest teraz poza jego zasięgiem, bo finanse Irańczyków w USA są zamrożone z powodu sankcji wobec Teheranu - twierdzi źródło gazety, według której Amiri postanowił wrócić do kraju, bo bał się o rodzinę.
Historia Amiriego do złudzenia przypomina losy oficera KGB Witalija Jurczenki, który w 1985 r. przyjechał do USA, gdzie przez kilka miesięcy chętnie współpracował z CIA, a następnie niespodziewanie zmienił zdanie. Schronił się w radzieckiej ambasadzie i na konferencji prasowej obwieścił, że został uprowadzony przez amerykański wywiad. Po latach okazało się, że decyzja Jurczenki miała podłoże czysto osobiste - przyjechał do Ameryki, bo liczył, że uda mu się sprowadzić tam kanadyjską kochankę. Kiedy go rzuciła, zapragnął wrócić do domu.