FELIETON
600 lat temu wojska polskie i litewskie pokonały Krzyżaków. Zwyciężyliśmy. Następne zwycięstwo dokonało się później, gdy zakon z krzyżem na piersiach zaprzestał używania najświętszego znaku dla zgoła nieświętych celów.
Tak, wiem, że nie wszyscy Krzyżacy już wtedy mieli takie mordercze skłonności, że krucjaty były wtedy na porządku dziennym, o roli cywilizacyjnej zakonu też wiem, budowali zamki potężne... W ogóle było, minęło. Nie minęła jednak potrzeba refleksji religijno-moralnej: przecież największe polskie zwycięstwo dokonało się nad organizacją, która legitymowała się krzyżem! Nie minęła potrzeba ponadhistorycznego morału - przecież jest to znak odrzucenia przemocy najbardziej radykalnej z możliwych.
Przechodząc koło każdego kościoła, czynię ten znak, gdy jednak wiem, że może być źle zrozumiany, powstrzymuję się od tej osobistej manifestacji. Cytuję wciąż myśl Joanny Jurewicz, że gdyby Chrystus wiedział, że krzyż, na którym wisi, może być źle zrozumiany, zszedłby zeń i odniósł go na inne miejsce. Obrońcy krzyża przed siedzibą prezydenta Polski niech pomyślą, czy aby na pewno czynią roztropnie.
Źródło: Gazeta Wyborcza