Kardynał Ortega dzwonił do wybranych więźniów, oferując im w imieniu komunistycznego reżimu wyjazd do Hiszpanii. Zapewniał, że będą mogli wyjść na wolność także ci, którzy nie chcą wyjeżdżać z wyspy, ale kiedy - nie wiadomo.
W poniedziałek przed centralnym więzieniu Combinado del Este oficerowie kubańskiego MSW rozkazali, by siedmioro więźniów, którzy mieli odlecieć do Madrytu, zbadał lekarz. Dali im też nowe ubrania oraz artykuły higieny osobistej na podróż, po czym przewieźli na lotnisko.
Przyjechali tam również inni kubańscy dysydenci, by pożegnać przyjaciół, ale bezpieka nie wpuściła ich do budynku. - Przywieźli ich wcześnie i zamknęli w sali. To poniżające, jak oni odsyłają ich za granicę. Wyjeżdżają chyłkiem, jakby byli terrorystami albo handlarzami narkotyków. To zamiana celi na wygnanie - mówił szef Komisji Prac Człowieka Elizardo Sanchez.
Po przylocie do Madrytu więźniów witał szef gabinetu ministra spraw zagranicznych. Sam minister Miguel Angel Moratinos oświadczył, że jest pewien, że za trzy-cztery miesiące Kuba będzie krajem bez więźniów politycznych. Wczoraj zapowiedział, że do Hiszpanii wkrótce przylecą czterej kolejni więźniowie. Mają to być: Omar Rodriguez, Normando Hernández González, Luis Milán i Mijail Bárzaga. Według źródeł dyplomatycznych nastąpi to w środę lub czwartek.
Na lotnisku urzędnicy hiszpańskiego
MSZ oddzielili rodziny uwolnionych od samych więźniów, których zaprowadzili do osobnej sali na konferencję prasową z tłumnie przybyłymi dziennikarzami. Do Kubańczyków nie dopuszczono kilku innych byłych więźniów komunistycznej dyktatury, którzy zostali zwolnieni ze względu na zły stan zdrowia i przyjechali do Hiszpanii dwa lata temu.
Uwolnieni dysydenci i ich rodziny zostali odwiezieni potem autobusem do hotelu w dzielnicy Vallecas. Tam pozostaną pod opieką rządu Hiszpanii oraz Czerwonego Krzyża. Otrzymają prawdopodobnie prawo pobytu i prawo pracy lub będą mogli pojechać do innego kraju, jeśli sobie tego zażyczą. Oprócz Hiszpanii gotowe przyjąć kubańskich więźniów są
USA,
Chile, Francja i
Włochy.
Kiedy więźniowie wsiadali do samolotu w Hawanie, w telewizji wystąpił po raz pierwszy od czterech lat Fidel Castro. 84-letni były przywódca komunistycznego reżimu, który ze względu na zły stan zdrowia oddał władzę bratu Raulowi, był w złej formie. Dziennikarze czytali jego wypowiedzi na temat zagrożeń pokoju na Bliskim Wschodzie, a Castro potakiwał i czasem sam zabierał głos. Mówił wolno, ale dobitnie, że USA grożą wywołaniem pożogi nuklearnej, bo mogą zaatakować
Iran. O więźniach i ich uwolnieniu nie zająknął się ani słowem. Obywatele mieli się dowiedzieć: Jestem, żyję i rządzę.