http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Trzy dekady Jarocina

Robert Sankowski
2010-07-17, ostatnia aktualizacja 2010-07-12 16:28

Ryszard Riedel, wokalista zespołu Dżem, w 1992 roku
Ryszard Riedel, wokalista zespołu Dżem, w 1992 roku
Fot. Przemysław Graf / AG

Najsłynniejszy polski festiwal rockowy obchodzi w tym roku 30. urodziny. Skąd jego legenda? Przecież Jarocin nie był nigdy festiwalem stricte punkowym

3 sierpnia 1991 r.
Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta
3 sierpnia 1991 r.
Justin Sullivan, lider brytyjskiego zespołu New Model Army na festiwalu w Jarocinie w 2009 r.
Fot. Piotr Skornicki / AG
Justin Sullivan, lider brytyjskiego zespołu New Model Army na festiwalu w...
T.LOVE w Jarocinie, 2006 r.
Fot. Tomasz Kaminski / AG
T.LOVE w Jarocinie, 2006 r.
Występ zespołu Myslovitz na festiwalu w Jarocinie w 2007 r.
Fot. Tomasz Kaminski / AG
Występ zespołu Myslovitz na festiwalu w Jarocinie w 2007 r.
Lech Janerka na festiwalu w Jarocinie w 2006 r.
Fot. Tomasz Kaminski / AG
Lech Janerka na festiwalu w Jarocinie w 2006 r.
ZOBACZ TAKŻE
Jestem ojcem tego festiwalu i historia - mimo mojej megalomanii - wykazuje, że zbyt dużych wątpliwości co do tego nie ma - mówił o sobie kilkanaście lat temu Walter Chełstowski. Trudno odmówić mu racji. Niepełnowymiarowy dziennikarz (ma przerwane studia na tym kierunku) i pracownik telewizyjnego Studia 2 w 1977 roku razem z kolegą z TVP Jackiem Sylwinem wymyślił Muzykę Młodej Generacji - scenę, która miała dać szansę zaistnienia nowym polskim zespołom. Z tym nie było akurat łatwo. Partyjne władze nie były wielbicielami rock'n'rolla, oficjalne media lansowały masową, popową muzykę bez większych walorów artystycznych. Rozrywka miała być miła i przyjemna, tak samo jak miłe i przyjemne było życie w PRL-u w świetle dominującej propagandy sukcesu. Chełstowski i Sylwin, którym udało się skupić wokół siebie kilka dobrze zapowiadających się zespołów (Krzak, Exodus, Kombi i Kasę Chorych), postanowili obejść państwową machinę promocyjną i uderzyć z nową muzyką bezpośrednio do publiczności - urządzając własne imprezy przy pomocy rozmaitych agencji koncertowych. Czasami organizując je od podstaw, czasami podczepiając się pod jakiś istniejący szyld. Tak było z Pop Session organizowanym w sopockiej Operze Leśnej. Pod dwóch sezonach zapadła decyzja, aby z Sopotu imprezę przenieść do Wielkopolski, gdzie w niedużym mieście już od dziesięciu lat odbywał się lokalny festiwal muzyczny. Nazywał się Wielkopolskie Rytmy Młodych, a goszczące go miasto - Jarocin.

*

Organizację imprezy w Jarocinie, ale pod hasłem Muzyki Młodej Generacji, zaproponował poznański oddział Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. I Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji wystartował 6 czerwca 1980 roku.

- Odbywał się jak zawsze w domu kultury, ale nowością były występy gości na stadionie. Zagrały Maanam, Turbo, Mech, Porter Band. Te koncerty pozwoliły sfinansować przegląd zespołów amatorskich, który dzięki temu po raz pierwszy stał się niezależny od nikogo - wspominał Chełstowski.

W takiej formule festiwal trwał przez kolejne dwa lata. W 1983 roku z udziału w przygotowywaniu festiwalu zrezygnował Sylwin. Samodzielnym szefem został Chełstowski. Aby podkreślić zmiany organizacyjne i programowe - na festiwal przyjeżdżać zaczęło nowe pokolenie muzyków i fanów, którzy nie mieli nic wspólnego z Muzyką Młodej Generacji - zapadła decyzja o zmianie szyldu. W czerwcu 1983 w Jarocinie pierwszy raz odbył się Festiwal Muzyków Rockowych.

*

Nie każdy pamięta, że Jarocin nie był nigdy festiwalem stricte punkowym. Choć jego najlepsze lata przypadały na gigantyczną popularność punk rocka w Polsce, choć to na nim miały szansę zabłysnąć gwiazdy najsłynniejszych punkowych grup, na każdej edycji imprezy pojawiały się bardzo różne style i gatunki.

Wystarczy prześledzić zwycięzców poszczególnych konkursów. Trudno w to uwierzyć, ale w roku 1980 w przeglądzie amatorów startował Dżem, a główną nagrodę zdobył artrockowy Ogród Wyobraźni. W całym programie imprezy była tylko jedna formacja punkowa - Nocne Szczury z Władysławowa - którą dopingowało ledwie kilku załogantów. W następnym roku w konkursie zwyciężyło TSA. Za najbardziej punkową imprezę uchodzi festiwal z 1984, gdy na scenie spotkały się bezkompromisowe Dezerter, Siekiera, Moskwa, Prowokacja i Abaddon oraz prześmiewcze Piersi. Ale były przecież też jeszcze - ze względu na rodzaj muzyki, który dominował na scenie - Jarociny "zimnofalowe" czy "metalowe" (ze wszelkimi tego konsekwencjami - w 1986 zespół Test Fobii Kreon połamał na scenie krzyż, a na jarocińskim cmentarzu grupa satanistów odprawiła czarną mszę).

Na festiwal co roku ciągnęło kilkadziesiąt tysięcy fanów - i reprezentantów różnych subkultur, i "normalsów", których interesowała głównie muzyka, a nie jej subkulturowa otoczka. Lata stanu wojennego czy czas kryzysu drugiej połowy lat 80. - Jarocin zawsze był dla jego uczestników czymś więcej niż tylko imprezą muzyczną. Ustrój totalitarny, brak perspektyw zawodowych, konflikt pokoleń w domu, konserwatywni nauczyciele w szkole - przez kilka dni to wszystko było nieistotne. Festiwal stawał się kolorowym karnawałem, na którym można było odreagować beznadzieję otaczającej PRL-owskiej rzeczywistości. To także element jarocińskiej legendy. Do jej rozpropagowania przyczyniły się media - także oficjalne - zamiast na świetnej czasami muzyce, koncentrując się w relacjach z festiwalu na wyglądzie i zachowaniach przyjeżdżających do Jarocina fanów. A także socjologowie i teoretycy kultury, którzy zjeżdżali na imprezę z całej Polski, aby analizować rozmaite aspekty spontanicznej kultury młodzieżowej.

*

Ale czy aby na pewno spontanicznej? Zarówno wśród publicystów, jak i muzyków, którzy grali w Jarocinie, można znaleźć głosy, że festiwal był zaworem bezpieczeństwa, jaki władze sprytnie zmontowały dla skanalizowania nastrojów młodzieży w obliczu buntu "Solidarności" i napięć stanu wojennego. Czy to prawda? Czy Jarocin był tylko sprawną manipulacją? Na pewno festiwal był uważnie obserwowany przez tajne służby. Opublikowany w 2004 roku przez IPN album "Jarocin w obiektywie bezpieki" nie pozostawia co do tego najmniejszej wątpliwości. Przy okazji pokazuje jednak kompletną bezradność funkcjonariuszy, którzy próbowali zmagać się z dynamiczną rzeczywistością młodzieżowych subkultur. Groźna na ogół instytucja, jaką była Służba Bezpieczeństwa, zderzona z żywiołem rockowego festiwalu, zamiast fachowych raportów produkowała dziesiątki bezużytecznych, brzmiących już w latach 80. komicznie, absurdalnych i co się rozumie samo przez się - kompletnie nieprawdziwych opisów i analiz.

Nawet jeśli festiwal miał kanalizować emocje młodego pokolenia, szybko wymknął się spod kontroli i zaczął żyć własnym życiem. Najlepszym przykładem były często radykalne i bezkompromisowe teksty pojawiających się na scenie kapel. Najpierw cenzura bezwzględnie cięła je i kastrowała (w PRL-u każdy utwór przeznaczony do wykonania musiał otrzymać akceptację cenzora), a potem i tak były wykonywane w oryginalnych wersjach. - W Jarocinie nie było widoczne, że wciąż obowiązywał stan wojenny - wspominał reżyser Paweł Karpiński, który kręcił dokument o imprezie w 1982 roku. - To była oaza wolności w tym zniewolonym kraju. Miejsce, gdzie następuje zespolenie przyjeżdżających tam ludzi i tych, którzy występują na scenie.

*

Jarocin i jego mit to jednak przede wszystkim koncerty oraz muzyka. Na imprezie potrafiły dziać się rzeczy niezwykłe. Także za sprawą publiczności, która jednych wykonawców przyjmowała znakomicie, a innych potrafiła zniszczyć. Do najsłynniejszych jarocińskich anegdot należy koncert Republiki z 1985 roku.

- Zaczęliśmy, a przeciwko nam gwizd 20 tysięcy i grad pomidorów, śmietanek, maślanek, jakichś kefirów - opowiadał po latach w rozmowie z magazynem "Viva!" Grzegorz Ciechowski o występie, który zaczął się agresją, a zakończył entuzjastycznym przyjęciem 20-tysięcznego tłumu. Wielkim wydarzeniem był też koncert Czesława Niemena, który zagrał w Jarocinie w 1987 roku. Festiwal - jak na kultową imprezę przystało - doczekał się też sporej dokumentacji filmowej. Najlepiej jego niezwykłą atmosferę uchwyciły dwa obrazy: "Fala" z 1985 roku w reżyserii Piotra Łazarkiewicza i nakręcony rok później przez Andrzeja Kostenkę na zlecenie BBC "Moja krew, twoja krew".

Festiwal był manifestacją siły polskiej sceny lat 80. Co roku przetaczały się przez niego dziesiątki świetnych kapel, które tylko tutaj miały szansę zaprezentować się przed ogólnopolską publicznością. Większość przepadła bezpowrotnie. Po innych zachowały się tylko amatorskie nagrania - setki rąk z wyciągniętymi magnetofonami, na które fani nagrywali każdy koncert, to jeden z najsłynniejszych i najbardziej symbolicznych jarocińskich obrazków. Fantastycznie pokazuje miejsce, jakie zajmowała w świecie tamtego pokolenia muzyka, ale i beznadziejną sytuację tworzących ją artystów, bez szans na kontrakty płytowe czy emisje piosenek w radiu. Nielicznym udało się przebić. Muniek Staszczyk z zespołami Opozycja i T.Love Alternative, Paweł Kukiz z grupą Hak, Robert Gawliński z Madame, Krzysztof "Grabaż" Grabowski z Ręce do Góry - przez Jarocin przewinęło się również sporo wykonawców, którzy są aktywni na scenie do dziś.

Jarocin miał lepsze i gorsze edycje. Druga połowa lat 80. to konsekwentna droga w dół. Z imprezą pożegnał się Chełstowski (po nim w organizację imprezy zaangażowani byli Leszek Winder, Piotr Majewski, Jurek Owsiak i Kuba Wojewódzki), festiwal zaczął tracić pierwotny rozpęd. Stał się odbiciem polskiej sceny, która wypaliła się i nie potrafiła zaskoczyć zespołami tak ekscytującymi jak na początku dekady. Zaczęły się zadymy wywoływane przez skinheadów, awantury z punkowcami, którzy wykrzykiwali obelgi pod adresem organizatorów i slogany w rodzaju: "Nasz festiwal!". Na początku lat 90. festiwal dogorywał. Ostatecznie dobiła go demolka małej sceny w 1993 roku oraz bitwa uliczna, którą część publiczności stoczyła z policją rok później.

*

Festiwal w Jarocinie przeszedł do historii na 11 lat. Po kilku nieudanych próbach reaktywacji powrócił na dobre w 2005. Najpierw jako jednorazowy "PRL Festiwal", a po jego sukcesie - jako impreza cykliczna. Odrodził się w zupełnie nowej rzeczywistości. Dwie dekady temu był jedyny i wyjątkowy. Dziś jest jednym z wielu wśród dziesiątek mniejszych czy większych imprez. Tyle że z legendą, jaką nie może się pochwalić żadna z nich.

Źródło: Duży Format
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':