Zatwierdzona już przez Senat "ustawa kneblowa", która czeka teraz na głosowanie w izbie niższej, nakazuje surowe kary za posługiwanie się danymi z podsłuchów (450 tys. euro grzywny dla wydawcy, miesiąc więzienia dla dziennikarza), które przeciekają do mediów.
Surowo limituje też opisywanie śledztw prokuratorskich przed rozpoczęciem procesu sądowego (pod rygorem kary 300 tys. euro dla wydawcy) oraz utrudnia prokuratorom zakładanie podsłuchów, zwłaszcza u parlamentarzystów i księży katolickich.
- Gdybyśmy byli normalnym krajem, to być może ten projekt nie wywoływałby aż takiego oburzenia. Ale znamy nazbyt wiele włoskich afer, które zostałyby zatuszowane, gdyby nie śledztwa dziennikarskie i przecieki - przekonywał wczoraj Ferruccio De Bortoli, szef "Corriere della Sera".
W ramach Dnia Ciszy, który zarządziło stowarzyszenie dziennikarzy FNSI, nie ukazały się najważniejsze gazety, nie pracowały agencje, portale informacyjne nie aktualizowały stron, a
telewizja informacyjna RAI 24 nadawała wyłącznie wcześniej nagrane programy ponadczasowe. Główne kanały publicznej telewizji RAI zrezygnowały ze wszystkich dzienników prócz mocno skróconych wydań wieczornych. - Niech ten dzień skłoni Włochów do myślenia. Brońmy wolności słowa - apelowała publicystka Fiorenza Sarzanini.
Premier Berlusconi, który ma za sobą wiele procesów korupcyjnych (nigdy nie został prawomocnie skazany), nieraz miał kłopoty z racji zapisów podsłuchów przechwyconych przez media.
Śledztwo w sprawie nadużyć w służbie zdrowia z 2009 r. przypadkowo odkryło bachanalia z udziałem prostytutek, które Berlusconi urządzał w swej rzymskiej rezydencji. O ile ten skandal zaledwie przyspieszył pozew rozwodowy żony premiera, o tyle niedawno m.in. dane z podsłuchów przedsiębiorcy Diega Anemonego doprowadziły do ujawnienia gigantycznej afery łapówkarskiej. W jej wyniku w maju musiał odejść minister przemysłu Claudio Scajola, a Watykan przeżył wstrząs bo w aferę może być zaangażowany kard. Crescenzio Sepe. Skandal może zagrozić także innym członkom władz.
Dlatego knebel Berlusconiego, który powołuje się na troskę o prywatność obywateli nękanych przez media, wywołuje burzę w jego partii Lud Wolności (PDL) oraz centroprawicowej koalicji rządowej. -
Włochy potrzebują niezależnych i silnych mediów - mówi przewodniczący Izby Deputowanych Gianfranco Fini z PDL.
Wprawdzie rodzinna gazeta premiera "Il Giornale" na pierwszej stronie wydrukowała w odwecie wielkie stare zdjęcie hajlującego Finiego (zaczynał karierę jako postfaszysta), ale nie stłumiło to partyjnego buntu przeciw 74-letniemu już Berlusconiemu.
"Sprzedawca snów", jak Włosi nazywali premiera czarującego swój elektorat od 16 lat za pomocą trzech kanałów swej telewizji, ma też inne kłopoty. W ciągu ostatnich sześciu tygodni jego notowania spadły do 41 proc. (z 50 proc.), a premier dopiero w najbliższych dniach zamierza przepchnąć przez parlament cięcia budżetowe (25 mld euro w ciągu dwóch lat). Plan ten wzbudza wielki opór, także prawicowych, władz regionalnych. - Albo cięcia, albo ja! - mówił wczoraj Berlusconi, strasząc przyspieszonymi wyborami na jesieni.
Nawet część mediów życzliwych premierowi dyskutuje o kandydatach na następcę Berlusconiego w rządzie i partii (jednym z nich jest Fini). Zwłaszcza że kryzys rządu pogłębiła dymisja kolejnego ministra Alda Branchera (bez teki), który wskutek oskarżeń korupcyjnych musiał odejść w ostatni poniedziałek zaledwie kilkanaście dni po nominacji.
- Czy Berlusconi nie potrafi już znaleźć nowych wiarygodnych ministrów? - słychać było nawet w ławach zniecierpliwionej centroprawicy. Premier istotnie ma kłopot z nominacją nowego ministra przemysłu (po majowej dymisji Scajoli), bo nikt ze znaczących polityków czy przedsiębiorców nie ma ochoty wchodzić na - jak się wydaje - tonący statek.