http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Komorowski: Nie chodzi o to, żeby ludzi bolało

Bronisław Komorowski
2010-07-12, ostatnia aktualizacja 2010-07-09 19:49

Bronisław Komorowski
Bronisław Komorowski
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Mówiłem, że jestem za refundacją in vitro. Nie zobowiązywałem się jednak, że podpiszę jakąś ustawę, skoro nie wiem, jaka będzie. A czy wystąpię z własnym projektem? Nie mam takiego zamiaru

Po wygranych wyborach prezydent elekt złożył mandat poselski i zrezygnował z funkcji marszałka. Na zdj. Bronisław Komorowski po raz ostatni otwiera posiedzenie sejmu, 7 lipca 2010 r.
Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Po wygranych wyborach prezydent elekt złożył mandat poselski i zrezygnował z...
"Gazeta Wyborcza": Dlaczego na wieczór wyborczy nie założył pan szalika, który jako amulet podarował panu premier?

Bronisław Komorowski: Trzymam go z największym szacunkiem w szufladzie biurka. Przyda się na czas wyborów parlamentarnych.

A co się czuje, gdy widać już pierwsze wyniki - i zwycięstwo wcale nie jest oczywiste?

- Albo ma się wiarę, że się wygrało, albo nie. Ja miałem takie przekonanie. Czułem falę poparcia, szczególnie w ostatnich dniach kampanii. Najbardziej w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie Platforma nigdy nie wygrywała. A tym razem przez półtorej godziny parę tysięcy osób czekało na mój przyjazd, który się opóźniał, bo nagle musiał zostać zmieniony program.

W chwili ogłoszenia wyników 4 lipca wiedziałem, że wygrałem, choć była i doza ostrożności podyktowana doświadczeniem amerykańskim. Nie zaryzykowałem triumfalizmu. Serce chciało, rozum zalecał umiar. Postanowiłem pogratulować demokracji, która wygrała na pewno, a toast rozłożyć na dwie raty - mały szampan w wieczór wyborczy, a duży w momencie ogłoszenia ostatecznego komunikatu Państwowej Komisji Wyborczej.

Przed Pałacem Prezydenckim stoi krzyż upamiętniający ofiary katastrofy w Smoleńsku. Co z nim zrobić? Czy pałac pozostanie sanktuarium Lecha Kaczyńskiego?

- Pałac Prezydencki jest sanktuarium państwa. Krzyż, co było zrozumiałe, postawiono w nastroju żałoby, lecz żałoba minęła i trzeba te sprawy porządkować. Krzyż to symbol religijny, więc zostanie we współdziałaniu z władzami kościelnymi przeniesiony w inne, bardziej odpowiednie miejsce.

Nie czuje się pan urażony, że w kościołach księża straszyli, iż głosowanie na pana to grzech?

- Podobno się to zdarzało. Pewnie część duchownych nie zrozumiała, gdzie przebiega granica między poszanowaniem autonomii państwa i Kościoła. Czy jestem urażony? To niedobry pomysł, by zwycięzca wyborów rozpoczynał urzędowanie od rozliczeń z wyborcami konkurenta. Kościół to także ja, wielu innych wiernych, księży, biskupów, hierarchów, którzy zachowali pełny dystans do polityki.

Ostatnie wypowiedzi prezesa PiS-u świadczą, że rodzi się mit założycielski tej formacji - skoro IV RP się wypaliła, to trzeba zorganizować zwolenników PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego wokół teorii spisku smoleńskiego.

- Jeśli wzbudza się emocje wokół zagrożenia wewnętrznego, zewnętrznego, ukrytego wroga, spisków - to jest to właśnie kontynuacja IV RP. To musi budzić niepokój, zwłaszcza w dniu ogłoszenia wyników wyborów, bo jest destrukcyjne z punktu widzenia wiarygodności państwa i polityków. Co mają pomyśleć obywatele, jeśli przez dwa miesiące przekonywało się ich, że tak wiele się zmieniło, że ma się wiele sympatii do "przyjaciół Rosjan" - a po wyborach znów tworzy się atmosferę zagrożenia straszliwym rosyjskim spiskiem? Wydaje się, że ludzie przestają wówczas wierzyć politykom, podejrzewając ich słusznie, że ci udają, grają, a wszyscy są tacy sami.

Jest pan zadowolony z postępów śledztwa smoleńskiego?

- Wszyscy byśmy chcieli szybko poznać jego wyniki, ale praktyka wskazuje, że na to trzeba wielu miesięcy, a czasem nawet lat. Gwarancją jest to, że toczą się dwa równoległe śledztwa - rosyjskie i polskie. Do polskiego trudno mieć zastrzeżenia, jestem też ostatni, który by wysuwał zastrzeżenia co do współpracy polsko-rosyjskiej. Trzeba ustalić, czy istnieją okoliczności, które obciążają załogę samolotu, osoby decydujące o locie albo rosyjskie służby lotniskowe. Ale tworzenie atmosfery, że ktoś zrobił coś specjalnie, by doszło do katastrofy, uważam na tym etapie za szkodliwą niedorzeczność.

Codziennie słyszymy z "Wiadomości" TVP, że wszystkiemu winni Rosjanie.

- Moja wiedza o takich wypadkach jest taka, że najczęściej decyduje splot okoliczności: błąd ludzi i zawodna technika. Może dotyczyć i błędów Polaków, i Rosjan.

Jak pan ocenia słowa Janusza Palikota, że skoro prezydent Kaczyński zorganizował wyprawę do Smoleńska, to "ma krew na rękach"?

- To, że w pewnym filmie ktoś mówi: "Tusk ma krew na rękach", nie upoważnia żadnego polityka do mówienia, że prezydent ma krew na rękach. Janusz Palikot stawia czasem pytania w niedopuszczalny sposób.

Rzeczywiście trzeba sprawdzić, w jaki sposób organizowano ten lot. Dlaczego tak wiele osób zginęło, dlaczego tak bizantyjski charakter miała delegacja? Dlaczego z prezydentem leciało tylu ważnych ludzi z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa? To pytanie o odpowiedzialność, ale też o to, co zrobić, żeby na przyszłość tego rodzaju pokus uniknąć samemu. To jest istotne również dla mnie jako prezydenta.

Palikot często stawia ważne pytania, ale obraźliwie, bez twardych dowodów. Kompromituje te treści sposobem ich przedstawiania.

- Tak. Mam świadomość, że zapłaciłem sporą cenę w kampanii wyborczej za tego rodzaju zachowania i wypowiedzi Palikota.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 45 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':